WYDAWNICTWO POLART – JOANNA KRUPIŃSKA-TRZEBIATOWSKA

WYDAWNICTWO POLART WYDAJEMY:

KSIĄŻKI

TOMIKI POEZJI

ALBUMY O SZTUCE

KATALOGI WYSTAW

https://cygnus-joanna.blogspot.com/2010/06/drop-box.html

HYBRYDA PISMO ARTYSTYCZNO-LITERACKIE

NOWOŚCI WYDAWNICZE

cz 1 https://youtu.be/4DVtk2V0qO4
cz 2 https://youtu.be/th8xBr_b6rE
cz 3 https://youtu.be/D7CnchQobXY

JOANNA KRUPIŃSKA-TRZEBIATOWSKA TRYLOGIA KIEDY MIŁOŚĆ BYŁA ZBRODNIĄ

T 1 EWA

Akcja pierwszej części powieści toczy się w przedwojennym Gdańsku. Główna bohaterka Ewa Reinhardt, córka znanego niemiecka lekarza, uczestnika pierwszej wojny światowej, jako nastolatka zakochuje się bez pamięci w Maurycym Rosenfeldzie, lecz z racji różnic wyznaniowych i kulturowych napotyka na zdecydowany opór ze strony jego żydowskiej rodziny, ojca potentata zbożowego. Zrozpaczona podejmuje studia prawnicze w  Belinie i tam wdaje się w romans ze studentem architektury Rudolfem Bergmannem, przyszłym budowniczym Konzentrationslager Stutthof. Książka przedstawia kulisy rodzenia się nazizmu i dochodzenia do władzy Hitlera, Holokaust, a także przebieg drugiej wojny światowej, jednakże na pierwszym planie rysuje się trójkąt miłosny, w jaki uwikłała się Ewa Reinhardt i dramatyczna rywalizacja dwóch mężczyzn: Maurycego Rosenfelda i Rudolfa Bergmanna.

T 2 MICHAEL

Akcja drugiej części powieści „Michael” przenosi się do Francji, dokąd trafia syn bohaterki części pierwszej Ewy Reinhardt i Maurycego Rosenfelda. Michaela wychowuje brat ojca, znany francuski onkolog Aron Rosenfeld w wyznaniu mojżeszowym przez co chłopiec natrafia na poważne trudności adaptacyjne. Michael zostaje psychiatrią już jako dorosły człowiek konfrontuje się z przeszłością. Spotyka ze swoim młodszym przyrodnim bratem Janem Bergiem, synem znienawidzonego nazisty.

T 3 WIKTORIA

Akcja trzeciej części „Wiktoria” rozpoczyna się w dniu pogrzebu ojca bohaterki, na którym pojawia się tajemnicza postać doktora Michaela Rosenfelda. Odsłania przed nią prawdę o jej pochodzeniu i sprawia, że Wiktoria wyrusza w długą podróż po Europie w poszukiwaniu własnych korzeni. Przez prawie tysiąc stron autorka utrzymała precyzyjnie sieć skomplikowanych powiązań rodzinno-miłosno-politycznych przedstawionych postaci, odkrywając kolejne tajemnice. To nie tylko powieść totalna, to powieść sensacyjno-szpiegowska.

PROZA

https://www.youtube.com/@joannakrupinska-nx2qw

https://www.lulu.com/spotlight/joanna-krupinska-trzebiatowska?fbclid=IwAR2Q9xaeQqtXBwk3dSTYE09A9oXzr-2dQ_0gOf79UawJr2i1YBUk4QwmRWc

POEZJA

PROZA

POEZJA

RECENZJE

KAZIMIERZ ŚWIEGOCKI

Niepojęty logos znaczeń.

Refleksje nad metafizycznymi momentami w wierszach Joanny Krupińskiej-Trzebiatowskiej

Joanna Krupińska-Trzebiatowska należy do tej generacji poetów, którzy zaczęli rozwijać swoje skrzydła mniej więcej wtedy, gdy kończyła swój żywot Polska Rzeczpospolita Ludowa, a zaczynała się Trzecia Rzeczpospolita.

Pośród debiutantów  tego pokolenia znaczącą część stanowiły osoby w wieku, który dla poetów uważany jest za wiek co najmniej średni, w każdym razie za w pełni dojrzały. Jest rzeczą godną uwagi, że niektóre z tych osób zaprezentowały już od pierwszego tomiku również dojrzałą, na miarę swojego talentu, poezję, tak jakby czas przed debiutem był okresem dyskretnego, lecz gruntownego ich terminowania.

Joanna Krupińska-Trzebiatowska nie tylko potwierdza faktyczność tego zjawiska, lecz zdaje się ją demonstrować w stopniu szczególnie wysokim. Dojrzałość jej poezji wyraża się przede wszystkim w bogactwie, powadze oraz intelektualnej i emocjonalnej głębi przenikających ją problemów. Są to problemy egzystencjalnie dotykające metafizyki bytu człowieka. I właśnie im poświęcone zostaną dalsze rozważania, które będziemy snuć w tym szkicu.

Od razu trzeba powiedzieć, że tak scharakteryzowana zawartość ideowa tego dzieła czyni je dość odosobnionym we współczesnej poezji, a nawet i w kulturze w ogólności, zwłaszcza jeśli przez współczesność rozumieć okres ostatniego ćwierćwiecza. Kultura współczesna bowiem w zasadzie stroni, i to często demonstracyjnie od problematyki metafizycznej i religijnej, a więc od fundamentalnych spraw ludzkiego losu, zajmując się tym, co ulotne, przemijające, a często także tym, co wręcz urojone, co nikogo nie wzrusza, a jedynie szokuje ostentacyjnym programowym bezsensem, zsyłaniem tradycyjnych, odwiecznych wartości w najlepszym wypadku na gilotynę ironii, a w najgorszym – bluźnierstwa.

Dla Joanny Krupińskiej-Trzebiatowskiej poezja jest sprawą poważną i należy, rzec by można, do porządku sakralnego rzeczywistości, tak jak i problemy, którymi ją obarcza poetka. Bo o nich można i trzeba powiedzieć, że choć wyrastają z doświadczenia rzeczywistości empiryczno-profanicznej, to ich kulminacyjne wrzenie egzystencjalne przywołuje sakralne wymiary świata i przenosi się tam, gdzie nie czas i przestrzeń panują nieodwołalnie i nie one wyznaczają ostateczne racje i warunki ludzkiego bycia, lecz coś, co je nieskończenie przerasta i unieważnia ich destrukcyjny dla człowieka bieg. Tym sposobem poetka wkracza po części w obszary religii, dość synkretycznie zresztą pojętej.

Poezja ta zatem ogarnia swoim słowem sprawy ogólnoludzkie i ponadczasowe. Jednakże jej egzystencjalna lektura odsłania to, że problemy, których dotyka i idee, które sugeruje, należą do kręgu trosk przede wszystkim współczesnego człowieka szukającego trwałego miejsca we wszechświecie i zagubionego sensu bytowania w nim.

Przejdźmy teraz do jej egzystencjalnej lektury. Na początek spójrzmy na miniaturkę poetycką otwierającą czwarty z kolei tomik poetki:

Tak jak kropla wody

łączy się z oceanem

tak każda myśl dąży

do zespolenia ze swym źródłem

(Poezje, s.5)

Brzmi owa miniaturka nie tylko jak aforyzm, lecz i jak motto do całego dzieła autorki, które wszak naznaczone jest trudem i pasją poszukiwania wiedzy absolutnej nazwanej tutaj „źródłem” myśli. Cała ta wypowiedź skrywa i zarazem sugeruje przekonanie, że myśl ludzka ma swoje źródło nie w samym człowieku, lecz poza nim. On jest tylko niejako przygodnym jej podmiotem, zaś podmiot ostateczny stanowiący jej źródło to rzeczywistość nieskończona, symbolizowana tutaj obrazem oceanu. Doskonałe zatem poznanie nie jest dla człowieka możliwe, gdyż jego myśl jest niczym kropla wobec oceanu. Aby znać prawdę wszechrzeczy trzeba być oceanem, czyli samą nieskończonością. Akt poznania wtedy nie byłby niczym innym jak aktem samopoznania absolutu, owego „oceanu”.

Już ten maleńki wiersz wprowadza nas w tajemniczy świat metafizycznej poezji pani Joanny. Pokazuje podstawową relację człowieka do absolutu w aspekcie poznawczym. Cechuje ją pewna dwuznaczność, bo z jednej strony człowiek jest tylko kroplą oceanu, a więc czymś nadzwyczaj znikomym, z drugiej strony jednak ta kropla, to „prawie nic” ma wszczepioną w swój byt nieprzepartą potrzebę dążenia do połączenia się ze swym źródłem. Mowa tu wprawdzie o dążeniu poznawczym, lecz z powodzeniem możemy je rozciągnąć również na dążenie w sensie ontologicznym. A wtedy w miejsce „myśli” podstawimy „byt” (jednostki ludzkiej), zaś w miejsce „źródła” – „Byt” (absolut). Człowiek i byt szukający prawdy absolutnej, to ten sam człowiek, który dąży do Bytu, w nim mając nadzieję ocalenia i ostatecznego spełnienia, nadzieję prawdziwego istnienia. Bo to istnienie, które jest nam tu i teraz dane, wzbudza tylko niekończące się poczucie ontologicznego niedosytu i jakiejś kosmiczno-moralnej krzywdy. W wielu wierszach znajdujemy potwierdzenie takiego rozumienia poetycko-filozoficznej intuicji autorki. Czytajmy dalej:

Szukam bram poza moją czasoprzestrzenią

w inną rzeczywistość oddzieloną srebrną falą

w której wszystko istnieje

nie posiadając długości szerokości i wysokości

i jest odwieczne

brama prowadzi przez czas

poprzez nieskończoną ilość światów

do Absolutu

(Poezje, s. 12)

Dopiero tam, gdzie ustaje czas, zaczyna się prawdziwe istnienie i prawdziwe szczęście, które może polegać na mistycznym słuchaniu odwiecznej muzyki, czyli muzyki nie trwającej w czasie, lecz w bezczasie – muzyki symbolizującej najczystsze piękno duchowego świata usytuowanego poza światem empirycznym, świata więc transcendentnego:

Są takie miejsca w których prawda

bywa objawiona

ścieżki ku nim tak strome

jakby prowadziły wprost do nieba bram

gdzie wiatr bez skrzydeł daje ci ulecieć

byś choć na chwilę mógł opuścić

swą ziemską powłokę

i zanurzyć się w odwiecznej

muzyce

(Poezje, s. 17)

Ów szczęśliwy transcendentny świat, właśnie dlatego że jest transcendentny, nie może być osiągalny dla istoty należącej do świata empirycznego. Więc owej istocie pozostaje tylko bezbrzeżna do niego tęsknota, która rodzi utkane z marzeń i wyobrażeń rozliczne wizje wyrażone w mowie poezji przybierającej niekiedy postać, która by mogła stanowić fragment jakiejś modlitwy, gdyby była skierowana wprost do bóstwa. Lecz nasza poetka raczej unika takich bezpośrednich odniesień do Boga. Mówi często o Nim, lecz nie do Niego. Samo słowo „Bóg” zresztą pojawia się u niej niezbyt często jak na poezję penetrującą obszary myślenia eschatologicznego. Częściej tu pada słowo „Absolut” i jego synonimy, które oczywiście są jednocześnie przybliżonymi synonimami „Boga”. Może to mieć częściowy związek ze wspomnianą synkretycznością jej religijnej świadomości. Czytamy więc o tym, że pragnie i tęskni do Transcendencji, lecz to pragnienie i ta tęsknota przedstawiana jest nie jako element wiary w zbawczą wolę owej Transcendencji, lecz raczej jako strukturalny, niezmienny stan duchowy, który choć dolegliwy, musi trwać niejako na zawsze, jako że, przynajmniej w „tym” życiu, nie ma dla niego ukojenia. Do prawdziwej Transcendencji nie ma prostej i pewnej drogi. Zdaje się prowadzić do Niej słowo poezji, ale ono w istocie wyraża tylko wolę pragnącego i jakiś owej Transcendencji intuicyjny sens. Człowiek skazany jest tylko na słowa i ich znaczenia, które w tym wypadku nie niosą czystej prawdy, lecz jedynie ją sugerują, zachęcając do wiary i dając niejasną nadzieję. Możemy więc przeczytać u poetki np. takie życzenia:

bym słyszeć mogła to co niesłyszalne

dźwięki tak słodkie jak aniołów lutnie

bym marzyć mogła w ogrodzie niebiańskim

a płakać nad Styksem

(Poezje, s. 8-9)

lub taką konstatację egzystencjalno-epistemiczną:

czuję się jak ślepiec co stoi tuż obok

a nie może dotknąć

lecz wszystkimi zmysły wyczuwa obecność

myślą spotyka się z jaźnią niepojętą

sercem z sercem

do którego prowadzi miłość

która wzbiera niczym wielka rzeka

po spotkaniu z Absolutem

i otwiera drzwi

(Poezje, s. 24)

Pesymistyczna ocena racjonalnego poznania rzeczy najważniejszych, czyli ostatecznych, eschatologicznych wyraża się w sugestii, że tylko własnym sercem człowiek może poznać serce wszechrzeczy („jaźni niepojętej”). Ponad naturalnym rozumem sytuuje się zatem miłość i tylko ona otwiera drzwi do Absolutu. Ten zaś stanowi kres wszelkich aspiracji człowieka – poznawczych i ontologicznych. Znamienne, że to nie Bóg jest tu przedmiotem ontologicznej tęsknoty, lecz Absolut. Bóg najwidoczniej budzi jakieś wątpliwości u poetki. (Jak to zobaczymy dalej, będą to wątpliwości natury moralnej). Nie budzi natomiast wątpliwości to, co w buddyzmie zostało nazwane nirwaną. Poetka pisze ją z dużej litery i określa jako „krainę wiecznej szczęśliwości/ w której ludzie rodzą się/ z kwiatów lotosu” (Rzeczywiste i Nierzeczywiste, s. 10). Nirwana nie ma charakteru ściśle ontologicznego ani nawet religijnego, jest raczej domniemanym i upragnionym stanem ludzkiego bycia niż bytu. Może najlepiej oddaje jej charakter ten oto fragment, w którym wprawdzie samo to słowo nie pada, a zarysowany jest tylko ów stan tak, jak się jawi niespokojnej, wciąż poszukującej adekwatnego wyrazu wyobraźni poetyckiej:

W niebie Syjama

nie jest ciemno

Choć nie ma tam

ani słońca

ani księżyca

światło emitują bogowie

w ciągu dnia

którego czas mierzony jest

otwieraniem się

i zamykaniem

kwiatu lotosu

(Rzeczywiste i Nierzeczywiste, s. 12)

Jest to świat, w którym nie ma cierpienia, bo nie ma w nim rzeczy realnych (słońca, księżyca) i nie ma realnego (prawdziwego) czasu, który jest niepowtarzalną zmianą i przemianą rzeczy, zaś ten, który przywołuje poetka w wierszu, jest niekończącym się powtarzaniem się tego samego. To czas odnawialny, łagodny, więc czas mityczny.

Problematyka czasu jest istotnym, a w pewnym sensie nawet centralnym składnikiem metafizyczno-egzystencjalnej panoramy myśli poetki. Czas symbolizuje nędzę ludzkiego istnienia, jego przemijanie, a więc znikomość. Ale czas może też symbolizować drogę do bezczasu czyli wieczności. A dzieje się to wówczas, gdy „przeszłość i przyszłość stanowią jedno” (Poezje, s. 15). Motyw tak rozumianej wieczności pojawia się w tej poezji często, przyjmując różne obrazy i formuły. Jedną z nich jest właśnie Nirwana, „kraina ostatecznej szczęśliwości”. Widzieliśmy też poetycki obraz wieczności przedstawiający ją jako „odwieczną muzykę”, jako to, co niesłyszalne w normalnym zmysłowym porządku, a jedynie w porządku nadzmysłowym, pośród jakiegoś „ogrodu niebiańskiego”. Owa rzeczywistość pozaczasowa zawsze u poetki przedstawia się w barwach świetlistych, łagodnych i ciepłych symbolizujących istnienie czyste, bezwarunkowe. Nie ma tu mowy o jakiejkolwiek  eschatologicznej dualności, jakimś podziale na wieczną szczęśliwość i wieczne potępienie, jak to przedstawia tradycja wiary chrześcijańskiej. „Tamten świat” jest jednoznacznie dobry, tak jak „ten świat” niedwuznacznie zły.

Jeśli mówić, że człowiek jest zawieszony między dobrem a złem, to można to pojmować w kategoriach moralnych lub w kategoriach ontologicznych . Poetka wybiera niemal wyłącznie te ostatnie. Jej człowiek nie jest uwikłany w problemy, czy dylematy wolności związane z sytuacjami wolnego wyboru jako istota obdarowana wolną wolą, a zatem nie ma tu również mowy o odpowiedzialności przed nadziemskim Trybunałem. Finał losu człowieka nie od niego zależy, nie spełnia się bowiem w obszarze jego wolności, gdyż naprawdę taka wolność, która by mogła konstytuować jego byt, nie jest jego udziałem. Człowiek został skazany na bytowanie w „tym świecie”, który jest miejscem egzystencjalnej udręki. Ale jest on zarazem obarczony świadomością innego świata, doskonale szczęśliwego, do którego kieruje się jego wola i nachyla cały byt, a który jawi mu się jako sfera dostępna jedynie w marzeniu i w konstruującej myśli, lecz nie jako ostatni etap swego istnienia. Jest to świat teoretycznie możliwy i intuicyjnie wyczuwalny, lecz dla człowieka tu i teraz realnie niedostępny. Stąd też egzystencja ludzka rozpościera się między tym, co realne, a tym co idealne lub jeszcze inaczej: między marzeniem o idealnej rzeczywistości, a samą tą rzeczywistością. Taka sytuacja podobna jest do jakiegoś niezrozumiałego snu, z którego trudno się wywikłać i uzyskać jasny obraz prawdy. Oto dramatyczne obrazy beznadziejnego jej poszukiwania:

Szukam bram

Ocean burzy się

Nieprzenikniona tajemnica

Pozostaje pośród głębin

(W jedną stronę bez prawa powrotu, s. 28)

U schyłku dnia odkryłam

że wszystko w mym życiu

było snem i ułudą

pogonią za szczęśliwą chwilą

(Rzeczywiste i Nierzeczywiste, s. 71)

W tej sytuacji naturalne jest pytanie o tożsamość:

Obudzona ze snu pytam

o własną tożsamość

(Poezje, s. 73)

Lecz jakkolwiek by na nie odpowiedzieć, to żadna odpowiedź nie daje ontologicznego pocieszenia. Oto przykłady:

To sen tylko

Proszę uwierz miły

Weszliśmy razem w ciasny krąg ułudy

Wokół tylko majaki i zwidy

Fantomy wyobraźni

(W jedną stronę…, s. 15)

Zawieszona w próżni

(…)

niepewna czy jeszcze żyję

czy też już umarłam

stoję przed obliczem Pana Jamy

pytając

jestem czy mnie nie ma

(Rzeczywiste i…, s. 72)

Ten ostatni fragment nawiązuje do znanej tradycji filozoficznej zarówno Wschodu jak i Zachodu. Jeśli mówić o tradycji zachodniej, to można przywołać znany przykład o wątpieniu w prawdziwość wszystkiego, o czym mówią nam zmysły i rozum z Kartezjuszowych Medytacji. Lecz wątpienie Kartezjusza, choć podważało nawet pewność własnego istnienia, było tylko metodyczne i miało w ostateczności doprowadzić do poznania prawdy, którą na co dzień uznajemy mocą intuicji istnienia wszystkiego, co jawi się jako realne, czego dowodzić specjalnym rozumowaniem nie trzeba. Wątpienie Kartezjusza nawiązywało do starożytnego sceptycyzmu, a miało prowadzić nie do jego potwierdzenia, lecz zaprzeczenia i obalenia go raz na zawsze. Nasza poetka jednak o stan swojego bytu i jego realności nie pyta rozumu filozoficznego, lecz bóstwo – „Pana Jamę”, boga śmierci uważanego również za „Sędziego zmarłych” w hinduizmie. Stawia więc nie ściśle filozoficzne pytanie epistemologiczno-ontologiczne, lecz psychologiczno-egzystencjalne o wymiarze religijnym, tak jakby przekonana była, że tajemnica jej istnienia znajduje się w umyśle bóstwa, a nie w mocy jej własnego umysłu, czy jakiejkolwiek ludzkiej władzy poznawczej.

Wątpliwości, co do istnienia bądź nieistnienia samego siebie, a ściślej biorąc wątpliwości co do charakteru tego istnienia – czy, mianowicie, jest ono mocne i prawdziwe, czyli takie, jakie nam się zwyczajnie wydaje, czy też tak słabej konsystencji bytowej jak sen, jak iluzja – wątpliwości te są częścią tych, które dotyczą istnienia wszystkiego, co się człowiekowi jawi i tworzy jego wewnętrzny, a także zewnętrzny świat. Bo oto czytamy w innym miejscu, nawiązującym – jak i w poprzednim – do religijnych wierzeń i filozoficznych mitów indyjskich, o tym jak wygląda cały wszechświat, że mianowicie obrócony jest do nas nie od strony swej istotnej prawdy, lecz w przebraniu monumentalnej ułudy:

Pani Maja

matka wszystkich Buddów

tych którzy byli

i tych których dopiero narodzi

z woli obracającego kołem Króla

krąży po wszechświecie

pomiędzy niebami

jak sen

jak wielka iluzja

(Rzeczywiste i Nierzeczywiste, s. 11)

W takiej sytuacji zatem nie może dziwić quasi-deliberatywne pytanie pełne zarówno poetyckiej urody jak i poznawczego zdumienia:

czy ja istnieję

czy też jestem jedynie obłokiem światła

wyemanowanym przez Boga

i odbitym w przejrzystym powietrzu

albo w twoich oczach

(Rzeczywiste i Nierzeczywiste, s. 13)

Ostatni  wers perspektywę ściśle ontologiczną wzbogaca refleksem antropologicznym. Jeśli go rozumieć jako moment erotyczny, choćby w platońskim rozumieniu wypowiedzi poetyckiej, to trudno byłoby znaleźć w poezji, zwłaszcza współczesnej, tak głęboki filozoficzny kontekst, w jakim on tu występuje – istnieję o tyle, o ile mnie postrzegasz. Tego zapewne nie powstydziłby się i chyba nie wyparł George Berkeley.

Wiele utworów Krupińskiej-Trzebiatowskiej przenika niepokojące, czy wręcz dramatyczne pytanie nie tylko o tożsamość samej siebie, lecz i całego świata. Oto pytanie o tożsamość świata:

 Zanurzam dłonie

w jeziorze bogów Birlet el Karoumm

by zaczerpnąć wody życia

srebrne lustro oddziela dwa światy

lecz na próżno usiłuję zgadnąć

który z nich jest rzeczywisty

(Poezje, s. 64)

A oto znowu motyw wschodni, buddyjski, po który sięga poetka, aby wyrazić niepokój istnienia i pragnienie poznania samego siebie pośród świata, który jawi się jako coś ukrytego i nieprzyjaznego:

Płynąc nocą

przez ocean Sansary

poprzez bezkres czarnych wzburzonych fal

niepewna czy kiedykolwiek zobaczę brzeg

i odnajdę ścieżkę prowadzącą do oświecenia

(Rzeczywiste i Nierzeczywiste, s. 19)

Po wielkich pytaniach o tożsamość siebie samej i świata następuje próba odnalezienia siebie w świecie, czyli próba pozytywnej odpowiedzi na pytanie:

kim jestem

dokąd zdążam

i kim się przez to staję

(Poezje, s. 3)

Czytamy w wielu wierszach, że człowiek osiąga pełnię swego bytu, gdy jego dusza stopi się z duszą wszechświata. Oto pełniejsza poetycko-filozoficzna wypowiedź na ten temat:

Jeżeli chcesz dostąpić przebudzenia

rozpocznij wędrówkę

do źródeł rzeki życia (…)

aż wreszcie sam staniesz się rzeką

a dusza twoja stopi się

z duszą wszechświata

Ta panteistyczna deklaracja, którą już wcześniej zauważyliśmy w związku z koncepcją poznania przez miłość, powtarza się w różnych wariantach, np.:

W nieskończonej przestrzeni wszechświata

osiągam stan zespolenia z naturą

staję się częścią ziemi

i częścią nieba

a wszystko wokoło wydaje mi się

tak iluzoryczne jak słońce i księżyc

odbite w milionach jezior i rzek

(Rzeczywiste i Nierzeczywiste, s. 9)

Rzeczywistość naturalna póki jest nam dana w zmysłowym oglądzie, budzi poczucie złudy, czegoś ulotnego tak bardzo, że trudno temu przyznać stan prawdziwego istnienia. Ale jest tak nie tylko dlatego, że przedmiot naszego poznania – świat natury, zmysłowa rzeczywistość nie stanowi prawdziwego bytu, lecz również dlatego, że nasze władze poznawcze, szczególnie zmysłowa ich część, nie chwytają jej istoty, nie są więc w stanie dotrzeć do prawdy. Aby poznać prawdę rzeczywistości, trzeba się z rzeczywistością bytowo połączyć, tak aby akt poznania stał się zarazem aktem ontologicznej przemiany i stanowienia. Wtedy też zniknąłby dramat dualizmu świadomości i bytu (materialnego) a wraz z nim równie dramatyczne pytanie o tożsamość świata i, przede wszystkim, samego siebie. Takie myśli mogą nasuwać niektóre wypowiedzi poetyckie o wyraźnie panteistycznej tonacji, jak choćby ta oto:

przytul twarz do drzewa

a ono opowie ci historię wszechświata

wsłuchaj się w śpiew wiatru

uniesie cię w górę

byś jak ptak wolny przemierzał przestworza

(Poezje, s. ????)

Słowem, aby stać się wolnym – w najszerszym tego słowa znaczeniu, czyli niepodlegającym uciążliwościom materialnych praw świata natury, trzeba się poddać tym prawom, pogodzić się z nimi, uznać je za swoje i tym samym stać się niejako jednym z żywiołów konstytuujących ten świat, być jednym z nieskończonych głosów tworzących symfonię wszechświata. Przytoczony wyżej fragment, choć nasuwa ideę panteistyczną, to wymowa jego jest bardziej krzepiąca niż klasycznej idei panteizmu, że wolność to uświadomiona konieczność. Tutaj wolność człowieka, a więc jego upragniony stan bytu, skojarzona została z radością żywiołów przyrody – dobrocią drzewa, śpiewem wiatru, lotem ptaka. Fragment ten mówi o transcendowaniu świata pozorów w kierunku samej esencji wszechświata, gdzie czeka nas wolność. W innym zaś fragmencie spotykamy sytuację, w której rzeczywistość transcendentna zstępuje do świata widzialnego. Mamy tu wizję teofanii, której znów istotnym elementem jest wolność – tym razem nie zdobywana aktem człowieka, jego rozmyślnym wysiłkiem, lecz darowana jemu i światu w akcie łaski siłą Niewidzialnego:

i zdawać by się mogło że ziemia i niebo

jak para kochanków

trwają w miłosnym uścisku

za sprawą Niewidzialnego który nagle

unicestwił horyzont

rozsunął zasłony

uciszył wiatr

i ku nam spłynął

(Poezje, s. 77)

Była już mowa wcześniej o tym, że największym i najgroźniejszym wrogiem wolności człowieka i ograniczeniem jego bytu jest czas. Następujący fragment można potraktować jako dopełnienie powyższej teofanicznej wizji i przejście do wizji niemal uszczęśliwiającej, ukazującej zniszczenie czasu:

po niebie krąży wielki ptak

skrzydłami przesłaniając słońce

i wstrzymując upływ czasu

(Poezje, s. 72)

Symbolicznym przedstawieniem ontologicznie rozumianej wolności może być obraz kosmicznego tańca, w którym człowiek brata się z dynamicznymi żywiołami nieba i ziemi, dzieląc ich szczęśliwy los:

Zatańczmy

prosi mnie do tańca

wiatr

on w czarnym fraku

ja w błękitnej sukni

w zawrotnym tempie

pędzimy po lustrzanej sali

w księżycowym blasku

pośród niemych cieni

(…)

tańczę

boso z motylem na dłoni

(…)

i nocą

ciemną bez gwiazd

wysoko na szczytach skał

tańczę lecz nie wiem z kim

ostatni raz

(Poezje, s. 84)

Ten niezwykły wiersz może przywodzić na pamięć znany utwór Tadeusza Micińskiego Migocą złote pomarańcze. I w jednym i w drugim mamy przed oczami taniec pośród mistycyzmem nacechowanych tworów poetyckiej wyobraźni. Mistyka Micińskiego jest mroczna i programowo wzbudzająca dreszcz fascynacji i lęku, zauroczenia i przerażenia jakimiś satanicznym błyskaniem pośród ciemności w ciasnej przestrzeni. Mistyka Krupińskiej-Trzebiatowskiej wprost przeciwnie – przejawia się jakby w rozwieraniu granic przestrzeni i czasu, w zanurzaniu się w jasności żywiołów świata, w zniewalaniu i podporządkowywaniu ich sobie poprzez przyjęcie reguł ich bytowania za swoje, a tym samym stawanie się jednym z nich. W ten sposób nie tylko nie utraca swojego bytu, lecz go właśnie w ten sposób przekracza w mocy istnienia. Taniec u Krupińskiej zdaje się nie wynikać, jak u Micińskiego, z uwodzącej i zniewalającej mocy tajemnicy, ani jej nie demonstruje, lecz – wprost przeciwnie – jest wyrazem intencjonalnej mocy człowieka przełamującego wszelkie kosmiczne zniewolenia czy determinacje i transcendującego samego siebie poza wszelkie naturalne byty w kierunku czystej wolności, która znamionuje „krainę czystego szczęścia”. Ma więc ów taniec posmak procesu przemiany, jakby metanoi o charakterze ontologicznym. Lecz jest to taniec jedynie intencjonalny, dziejący się w wyobraźni, która nieoczekiwanie odsłania tańczącej perspektywę ostateczności, końca. Jest to taniec „ostatni raz”. I tym minorowym akordem wiersz znów zbliża się do aury wiersza Micińskiego.

Jednak inne wiersze wyrażają radość ze wzbogaconego panteistycznie istnienia:

i nawet nie próbuję się żalić że jak biały żagiel

zagubiony pośród oceanu podążam przez życie

skoro trzyma mnie w ramionach wiatr

i tańczy ze mną walca w królestwie jabłoni

(Poezje, s. 30)

czyjeś ręce pochwyciły mnie w objęcia

i oboje unosimy się w tańcu

ponad ziemią

nade mną i pode mną

księżyc i gwiazdy

ocean przestworzy

(…)

uwolniona z pragnień

uwolniona z marzeń

w zespoleniu z wszechświatem

odzyskuję siły

wiarę aby przeżyć

(Poezje, s. 26)

Motyw tańca u naszej poetki wiąże się wprawdzie z wyzwalającą wizją wolności, ale też nie bez pewnej dozy autoironii. W jednym z najlepszych swoich wierszy przedstawia go jako wybuch eschatologicznego szczęścia, niestety zakończonego przebudzeniem. Szczęście to było tylko snem. A polegało na poznaniu prawdy o wszechświecie i bycia z tą prawdą niejako „twarzą w twarz”, a także na doświadczeniu wieczności, czyli bezczasu:

w mieście Ise w którym nigdy nie byłam

stanęłam twarzą w twarz z prawdą o wszechświecie

uniesiona wiatrem

obleczona w poświatę merkawy

tańczyłam z bogami

podczas igrzysk wenusjańskiej nocy

a czas płynął bez początku i końca

a noc stawała się wiecznością

budząc się nie trzymałam już w dłoni

metalowego zwierciadła

a królowa Amaterasu oddaliła się

w nieskończoność na rydwanie słońca

(Rzeczywiste i Nierzeczywiste, s. 69)

Poznanie ostatecznej prawdy możliwe jest tylko we śnie, który jednak zgodnie ze swoją naturą znika wraz z prawdą swego bycia.

Zatrzymajmy teraz uwagę nad wyrazistą motywiką tego świata, do którego należy „królestwo jabłoni” – świata „nie z tego świata”, czyli rzeczywistości eschatologicznej. U naszej poetki została ona wyrażona na dwa sposoby. Jeden prowadzi bezpośrednio do filozoficznego ujęcia natury tej rzeczywistości, drugi natomiast przedstawia ją w poetyckich obrazach i symbolach, często zmieszanych z pojęciami należącymi do refleksji i języka filozoficznego oraz religijnego. Kardynalnym pojęciem określającym istotę rzeczywistości eschatologicznej i transcendentnej jest pojęcie Absolutu. Słowo to pisane niemal bez wyjątku z dużej litery, występuje w tej poezji częściej niż słowo „Bóg” i nie posiada jednoznacznie religijnej, jak to ostatnie, konotacji. Tym, co najcelniej oddaje jego znaczenie, jest myśl o jego bezczasowości. W nim „teraźniejszość, przeszłość i przyszłość łączą się w jedno” (Poezje, s. 83). Jeśli jest on przedmiotem poetyckiej refleksji w obszarze problematyki egzystencjalnej, to jedynie jako przeciwieństwo tego, co najbardziej groźne dla człowieka, najbardziej go unieszczęśliwiające – czasu. Jeśli stanowi przedmiot westchnień strudzonego swym losem człowieka, to jako rzeczywistość, gdzie nie ma czasu, a więc i cierpienia, jakie on przynosi. Jest to zatem pojęcie, które w języku ściślej poetyckim znaczy tyle np. co przywoływana już wcześniej „kraina wiecznej szczęśliwości”. I dopiero tak przełożone na język poezji nabiera religijnego znaczenia, gdyż wskazuje na pozytywny aspekt ludzkiego z nim obcowania, a nie jedynie na negatywny, jak w przypadku, gdy pojmowany jest jako bezczas, czyli to, co uwalnia nas od czasu i niesionych przezeń dolegliwości istnienia. W tym ostatnim przypadku bowiem osiąga się go już w momencie śmierci kończącej udrękę życia i przenoszącej nas do nicości. Bo nicość człowieka może oznaczać zatracenie w Absolucie, czyli absolutny koniec wszystkiego, co składa się na ziemski, materialny byt człowieka.

Poezja Krupińskiej-Trzebiatowskiej nosi niektóre znamiona poezji religijnej, jak to słusznie zasugerował Wit Jaworski w posłowiu do jej tomiku Rzeczywiste i Nierzeczywiste* Istotę filozofii stanowi pragnienie poznania natury rzeczywistości, istotę zaś religii pragnienie i dążenie do zbawienia. Oba te motywy są w tej poezji obecne. Przeważa jednak motyw zbawienia. Jest tu on ściśle związany z wyobrażeniami świata nadprzyrodzonego, w którym miałby się dopełnić byt człowieka. Wizje eschatologicznie nacechowane zazwyczaj wiążą się jednak z obrazami życia w świecie realnym. Ten zaś będąc padołem łez i niezrozumiałego cierpienia rodzi bunt przeciwko Stwórcy, a ściślej przeciwko Jego woli, która okazała się tak niefortunna dla człowieka. W tym punkcie rodzi się dramatyczne, by nie powiedzieć wręcz tragiczne pytanie: Dlaczego zło? Odwieczne niemal to pytanie znane w naszej cywilizacji co najmniej od czasów Gilgamesza i Księgi Rodzaju, a później Księgi Hioba i Koheleta oraz tragików greckich, zdaje się naszą poetkę zajmować bardziej w wersji Hioba i Koheleta niż w wersjach pozostałych. Bardziej też niż Księga Rodzaju obciążająca odpowiedzialnością za zło człowieka, a nie Stwórcę, poetkę przekonują religijne koncepcje Wschodu. Pociąga ją wiara w reinkarnację zarówno jak i myśl o nirwanie. Pociąga ją również wschodnia metafizyka uznająca świat widzialny za złudzenie poznającej zmysłami naszej duszy. O tym jednak pisaliśmy wyżej.

Teraz spróbujmy przyjrzeć się obrazom, w których poezja wspiera i wyręcza myśl teologiczną i filozoficzną odniesioną do rzeczywistości transcendentnej i nadprzyrodzonej z jednej strony i do kondycji człowieka wychylającego swoje jestestwo do nich – z drugiej. A zatem zadajmy za poetką pytanie: „Kim jestem, dokąd zdążam i kim się przez to staję?” (por. Poezje, s. 7), a w wersji uogólnionej: kim jest człowiek i jakie jest jego przeznaczenie?

I oto czytamy:

cudem ocaleni

błądzą pomiędzy gwiazdami

w poszukiwaniu nowej ziemi

i nowego nieba

z nadzieją

że otworzą się przed nimi na nowo

bramy Edenu

(Rzeczywiste i Nierzeczywiste, s. 60)

Można w tym miejscu zapytać, czy ewidentne tutaj nawiązania do Apokalipsy, która obwieszcza eschatologiczną nadzieję na „nową ziemię” i na „nowe niebo”, jest zarazem przyjęciem tejże nadziei, czy tylko poetyckim obrazem błądzenia ludzkości ratującej sens swego losu w rozpaczliwej próbie wiary i nadziei „pomimo braku nadziei”? W każdym razie nie ulega wątpliwości, że błądzenie w poszukiwaniu „nowej ziemi” i „nowego nieba” oznacza tutaj pełną dezaprobatę dla „tej ziemi” i „tego nieba”, które ludziom jest dane tu i teraz, i w całej historii. Wszak szczęśliwi nie poszukują szczęścia, nie żywią nadziei na nie, bowiem je posiadają. Szukają go tylko nieszczęśliwi.

Ważnym wyznacznikiem przekleństwa losu człowieka jest jego niewiedza o istocie rzeczywistości, w której dane mu jest ów los wypełniać trudem swego istnienia.

Przytoczmy raz jeszcze taki fragment:

na poły świadoma czego szukam

w tym i w tamtym świecie

jak ślepiec błądząc z opaską na oczach

gdy o krok będąc od rzeczy szukanej

nie mogę jej znaleźć

bo nie mogę dotknąć

(Poezje, s. 80)

A oto inny zawierający analogiczną myśl:

zmierzał ku prawdzie

drogą przez zieloną równinę

(…)

upadał ze znużenia

i o świcie powstawał by iść dalej

(…)

wszystkich pytał gdzie została ukryta

szeptała o niej woda w strumykach

liście i wiatr śpiewały

lecz on szedł i szedł i był coraz dalej

a kiedy u kresu sił zapytał sam siebie

serce jego odrzekło że nie wie

(Poezje, s. 59)

Człowiek przedstawiony w tej poezji doskonale wie, że istnieją pytania beznadziejne, to znaczy takie, na które nie ma odpowiedzi. Ale wie on także i to, że nie można tych pytań nie stawiać, gdyż są fundamentalne i jako takie wyznaczają naturę człowieka, będąc jednocześnie jej wyrazem. Dzięki nim staje on twarzą w twarz z Tajemnicą:

nazbyt wiele pytasz

lecz jakże nie pytać gdy nocą drzewa szumią

tuż za moim oknem

a księżyc łzawy toczy się leniwie

nad ospałą rzeką w której

teraźniejszość przeszłość i przyszłość

łączą się w jedno

(Poezje, s. 83)

Człowiek zatem to nieszczęśliwa istota, bo nie pogodzona ze swoim losem, nie uznająca aktualnego stanu swego bytu. Ale nie rezygnująca także z wszelkiej nadziei. Raczej trwająca w zawieszeniu pomiędzy całkowitą klęską i ostatecznym zwycięstwem. Mamy w tej poezji pośród licznych jej utworów wypowiedzi zarówno wyrażające poczucie eschatologicznej klęski jak i przeczucie zwycięstwa. Oto wizja nieodwracalnej zagłady świata:

umarły kwiaty na dnie oceanu

runęły słupy niebiańskie

słońce zniknęło na zawsze

i ciemność wieczna

ogarnęła ludzi

(Rzeczywiste i Nierzeczywiste, s. 74)

Ale w innym miejscu czytamy słowa wielkiej eschatologicznej nadziei w stylu znów apokaliptycznym. I choć nie muszą to być słowa płynące ze szczerej wiary religijnej, to możemy je przyjąć przynajmniej jako słowa zrodzone z poetycko-religijnego marzenia. Jeżeli szczęście, czyli zbawienie, nie przychodzi do nas teraz, gdy istniejemy historycznie, to niechaj je zastąpi wizja szczęścia poza i ponad historią – w Eschatonie. Tę zaś wizję może nam postawić przed oczami wyobraźni poezja i siła jej sprawczego słowa. I oto w jej słowach znowu czytamy o „nowej ziemi” i „nowym niebie”, ale już nie jako mirażu, za którym goni ludzka nadzieja, ale jako o rzeczywistości spełnionej, to znaczy wieńczącej koniec historii, koniec czasu i jego destrukcyjnej mocy, której owocem była śmierć. Przytoczony niżej fragment jest udaną poetycko parafrazą zarówno przesłania starotestamentowego (Iz. 65,25), jak i nowotestamentowego (Ap. 21, 1-8):

nowa ziemia

i nowe niebo

miasto wolne od ciemności nocy

wiecznie oświetlone chwałą Boga

z rzeką pełną wody życia

i drzewem życia

eliksirem nieśmiertelności

miasto w którym nigdy nie zawita

śmierć

nie narodzi się smutek

ani nie popłynie łza

bo zło wraz z pierwszą ziemią

i pierwszym niebem przeminęło

bezpowrotnie

(Rzeczywiste i Nierzeczywiste, s. 91)

To, że przytoczona wizja eschatologicznego szczęścia jest tylko poetycką parafrazą przesłania biblijnego, a nie wyznaniem wiary, świadczy może fragment z innego wiersza, w którym wyrażona jest obawa, że może to wszystko, co jest nam obiecane w Eschatonie, nie będzie nigdy miało realnego bytu. Bo wszystko to „zaczyna się i kończy w nicości”. Ale jest to tylko obawa a nie pewność. Do nihilizmu mimo wszystko tutaj daleko. Zwłaszcza, że jakby mimochodem wyrażona tu została pochwała ziemi i nieba wraz ze wszystkim, co stanowi o ich pięknie, a zarazem jest przedmiotem miłości człowieka – syna kosmosu. Czytamy:

Zielona Taro powiedz mi tylko

czy tam gdzie wirują gwiazdy

są także motyle

czy szumią drzewa tańcząc w uniesieniu

a woda płacze nocami w strumieniu

nie mów mi tylko że tam

gdzie niekończące się pola granatów

niczego poza nimi nie ma

i że wszystko zaczyna się i kończy

w nicości

(Poezje, s. 44)

Podsumowując refleksje wokół pytania: kim jest człowiek i jakie jest jego miejsce w obszarze wszechrzeczy, należałoby powiedzieć, że w poezji Joanny Krupińskiej-Trzebiatowskiej człowiek jawi się jako jestestwo zawieszone między bytem a nicością, ani dostatecznie osadzone w istnieniu, ani całkowicie go pozbawione. Jego cechą jednak istotną jest nie tyle przebywanie w obszarze tego zawieszenia, ile wyrywanie się z tej strefy ontycznego zagrożenia do stanu bycia ku zbawieniu. A zatem dalecy jesteśmy od Heideggerowskiego „bycia ku śmierci”, bo aż na antypodach tej w istocie nihilistycznej egzystencjalnej formuły i związanej z nią postawy.

Tak można by najogólniej scharakteryzować los człowieka pośród losu świata. Ale pozostaje jeszcze do określenia widzenie i pojmowanie Boga jako stwórcy świata i człowieka. Relacje miedzy Bogiem a człowiekiem nie są tu ani proste, ani oczywiste. Cechują się rozlicznymi napięciami. Człowiek w tej poezji ma wobec Boga postawę wyłącznie roszczeniową. Nie jest on Bogu niczego winien, nawet wdzięczności za dar życia, bo życie przecież nie jest domeną szczęścia, lecz raczej pasmem udręki. Oto pięknie wyrażona, choć mało dla Boga przyjemna ironicznie nacechowana pretensja:

doskonalisz nasze dusze cierpieniem

jak rzeźbiarz posąg dłutem

zapominając że nie jesteśmy z kamienia

(Poezje, s. 57)

Wypowiedź ta dezawuuje chrześcijańską teologię krzyża i cierpienia jako siły ekspiacyjnej. Dezawuuje więc zbawczy akt Chrystusa cierpiącego, poddaje w wątpliwość jeden z podstawowych filarów chrześcijańskiej wiary.

W jednym z wierszy przedstawiona jest kosmiczna wizja walki „na śmierć i życie” dwóch bóstw, czy duchów – dobra i zła. To wyraźne nawiązanie do dualizmu staroperskiego, czy manichejskiego połączonego z ideą monoteistyczną:

Stoją naprzeciwko siebie

Hermanubis – geniusz dobra

I Tyfon – geniusz zła

Sposobią się do walki na śmierć i życie

Stwórca przygląda się

Milczy

Gwiazdy zasłoniły oczy

Niebo pokryło wszystko całunem chmur

Zapanowała martwa cisza

(W jedną stronę bez prawa powrotu, s. 35)

Przedstawiony tu obraz nie pozostawia złudzeń co do pojmowania Boga jako stróża porządku moralnego we wszechświecie. Los świata jest mu obojętny, przygląda mu się niczym widz w teatrze. Nie unicestwia zła, a więc je dopuszcza, bądź jest wobec niego bezsilny. Nawet gwiazdy wydają się bardziej na zło wrażliwe niż On, bo przynajmniej nie chcą widzieć dziejącego się w świecie zła – zasłaniają oczy. Podobnie też zachowuje się niebo, pokrywając chmurami widok krwawej wojny.

Jednakże nie traktujmy słów w poetyckich wypowiedziach tak, jakby to były słowa wyjęte z traktatu filozoficznego. Niekiedy poeta urzeczony urodą wizji, która mu się nasuwa, a czasem samym tylko brzmieniem zestawionych wyrażeń lub wywołanych przez nie niezamierzonych znaczeń idzie tam, gdzie prowadzą go słowa i tworzone przez nie obrazy, choćby efekt, który się pojawia w wyniku ich aktywności, nie był tym, który był sobie uprzednio założył. I chyba tak jest u Joanny Krupińskiej-Trzebiatowskiej. Wahając się między pojmowaniem Boga jako miłosiernego lub jako obojętnego, wybiera, jak się zdaje, tego pierwszego. Mogą  o tym świadczyć niektóre inne wypowiedzi. Przytoczmy je:

Patrzę w słońce

i pytam dla kogo świeci

Panu Bogu rozjaśniam mrok

odpowiada

Panu Bogu słońce niepotrzebne

skoro jest światłością

Ale jak bez Boga i bez słońca

wyglądałby świat

(Poezje, s. 35)

Więc jednak świat potrzebuje Boga. Taką myśl zawiera też inny fragment, w którym dwuznaczność oceny Boga przechyla się mimo wszystko na Jego stronę. Bo oto niczym nie powstrzymane morze zła, jakie pociągają za sobą wojny, wskazuje wprawdzie, że „Bóg postanowił nie mieszać się w ludzkie sprawy”. Dodaje jednak poetka:

Gorzej jeśli zamierza popełnić

razem z całym światem

samobójstwo (/??????????///)

W takiej postawie wobec Boga ujawnia się charakterystyczna dla współczesnego człowieka podstawowa sytuacja światopoglądowa i egzystencjalna – poczucie niewystarczalności przesłania eschatologicznego, jakie daje od wieków chrześcijaństwo, a zarazem całkowita bezradność wobec swego losu, którego nie są już w stanie określić i – przede wszystkim – usensowić żadne inne systemy idei i wiar. Wiara w Boga (chrześcijańskiego)wydaje się teraz tyleż konieczna, co niemożliwa. Stąd widzimy u naszej poetki próby poszukiwań rozwiązania podstawowej zagadki swojego losu w religiach Wschodu; gdziekolwiek zresztą, dokąd ją zawiedzie wyobraźnia wzbudzona intuicją i (czy pogłębioną?) erudycją, bo spotykamy w jej wierszach i ślady refleksji z aluzjami do starożytnych kultur Egiptu, Mezopotamii czy Indii. Ten synkretyzm wyciska też pewne piętno na wizji i rozumieniu Boga, jakie czytamy w tym oto wyznaniu najbardziej chyba ze wszystkich wyraźnym i bezpośrednim:

Kim jesteś Panie (…)

jesteś światłem na niebie

i w duszy mej płoniesz

jesteś mądrością mędrców

i miłością w sercu

ziemią i oceanem

światłem i księżycem

wszystkim co stworzyłeś

i co myślisz zniszczyć

(Rzeczywiste i Nierzeczywiste, s. 63)

Jeśli jednak uwzględnić współczynnik poetyckości języka tej wypowiedzi, to można uznać ją za niesprzeczną w swym ogólnym znaczeniu z chrześcijańską wizją Boga.

Powyższe rozważania nad fragmentami poezji Joanny Krupińskiej-Trzebiatowskiej, które określiliśmy tutaj „momentami metafizycznymi” (analogicznie do „momentów muzycznych” Franciszka Schuberta – Musikalische Momenten) , dotyczą w oczywisty sposób warstwy znaczeniowej tej poezji. Nie dotykają natomiast jej problematyki formalnej i artystycznej. Można przypuszczać, że ocena tej poezji jako sztuki słowa nie zawsze wypadłaby tak imponująco, jak imponująco prezentuje się przedstawiona w formie interpretacji jej problematyka. Ta ostatnia bowiem dotyczy spraw dla człowieka najwyższych określanych właśnie jako metafizyczne. Daliśmy tutaj próbę lektury egzystencjalnej tej liryki. Jeśli przy tym nie popełniliśmy grzechu nadinterpretacji, a wyniki tej lektury są trafne, to pośrednio można by wnosić również o wartości artystycznej tej poezji, a przynajmniej przytaczanych jej fragmentów. Te bowiem zawierają nie tylko ważkie myśli, lecz również odznaczają się niekiedy niekwestionowanym pięknem – zwłaszcza pięknem wyobraźni.

Na zakończenie niech zostanie przytoczone, już bez komentarza, kilka urywków nie cytowanych dotąd w naszym tekście, a posiadających urok świeżości. Potwierdzają one dar obrazowania, w którym łączy się w harmonijną jedność pierwiastek wyobraźniowy i niebanalne znaczenie.

Joanna Krupińska-Trzebiatowska – obrazy poetyckie

Czarny ptak

Rozpostarł skrzydła do lotu

Nie wzbił się w górę

Lecz zastygł w bezruchu

(W jedną…, s. 51)

tylko serce ciąży niczym wielki kamień

zatopiony pośrodku jeziora tam

gdzie ktoś czekając woła

z mgłą ponad wodą się unosząc

gdy wolno jutrzenki wóz z oparów się wynurza

(Poezje, s. 16)

powiedz mojej matce

że spotkamy się

przy gwiezdnym jeziorze

kiedy przybędę z pochodnią w dłoni

ranną zapalając zorzę

(Rzecz. i Nierzecz., s. 86)

a oto kolejny mirage

w stronę sięgających nieba szczytów posuwa się

jak widmo

słoneczna barka z ciałem faraona

rzeką

lądem

błękitem

(Rzecz. i Nierzecz., s. 98)

słyszę siedem przestróg

I siedem gwiazd zapala się na niebie

Gwiazdy gasną pogrążając się w żałobie

Kosmiczny pył zaciera ślady naszych stóp

(Trickster, s. 33)

Para łabędzi ciągnie żałobną łódź

Pod czarnymi żaglami zwątpienia

W okołoziemską przestrzeń

(Trickster, s. 69)

Dusza jest ptakiem który odlatuje

ptaku mej duszy poczekaj

(Poezje, s. 50)

Jurata Bogna Serafińska

„Czy obłoki mogą być puste?”

Kiedy wzięłam do ręki najnowszy tomik poezji Joanny Krupińskiej-Trzebiatowskiej, poczułam lekki niepokój w związku z jego tytułem „Puste obłoki”. Jednak w czasie lektury przekonałam się, że tytuł jest trafny i koherentny z treścią tomiku.

Poetka patrzy na symboliczne obłoki, szukając w nich odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencjalne i eschatologiczne.

Pierwszy wiersz jest poświęcony Konstruktorowi wszechświata, którego „tajemnicą pozostaje skąd przyszedł i dlaczego się oddalił”. Czytamy, że wytyczone zostały „granice dwóch światów – materii i idei”. Poetka pisze o upadku Aniołów, czarnym słońcu w otchłani i płaczu Boga. Zwraca uwagę na szalonego ducha, który podszywa się pod Boga i stara się obracać wielkim kołem narodzin; pisze o grze o życie prowadzonej przez człowieka.

Widzimy całą gamę eschatologicznych propozycji – czytamy o wiecznych powrotach, cykliczności wszechświata, o kole życia, które „kręci się bez początku i końca”, o tym, że człowiek powinien się zastanowić komu służy „przy stole ofiarnym”. Znajdujemy nawiązania do bogów olimpijskich, do Pytii Delfickiej, do Nemroda i Wierzy Babel, do przenikających się światów zagubionych w czasoprzestrzeni.

Poetka pisze – „jestem jak liść, unoszony przez kosmiczny wiatr w nieskończoność”. W innym wierszu dodaje, że ma duszę skrzydlatą i pyta – „czy to wystarczy by powędrować w zaświaty i co nas czeka po przeciwnej stronie?”. To ostatnie pytanie jest szczególnie ważne, chociaż na co dzień spychane w niepamięć przez osoby wychowane w duchu obecnego globalnego świata interesów, przepojonego materializmem i konsumpcjonizmem.

„Puste obłoki” można moim zdaniem śmiało nazwać poetycką rozprawką filozoficzną, nacechowaną szeroką symboliką i dotyczącą tematów, których nigdy nie będą w stanie rozstrzygnąć nauki szczegółowe, oparte na intersubiektywnej powtarzalności doświadczeń. Tych spraw najważniejszych – ostatecznych – nauka nie może ani zweryfikować ani sfalsyfikować. Jeżeli chcemy wiedzieć więcej – pozostaje nam tylko filozofia i poezja. Pierwszymi filozofami byli przecież poeci, a pierwszymi poetami filozofowie.

W poetyckiej wizji tomiku możemy odnaleźć propozycje rozwiązań eschatologicznych, które możemy przyjąć bądź odrzucić. A więc możemy wybrać cykliczność wszechświata, reinkarnację / „koło życia się obraca, zmieniam ciało”/, nirwanę, możliwość zbawienia w modlitwie do Stwórcy / „do kogo wznosić modły, który Bóg wysłucha”/, wierzenia mitologiczne /„załamała się czasoprzestrzeń, zaglądam po drodze na Olimp”/, a w końcu również negację jakiejkolwiek nadziei na przyszłość. Są też odniesienia do kultury hinduizmu i buddyzmu, do wierzeń indiańskich, indyjskich, chińskich, babilońskich, do przeróżnych smoków, a nawet do smoka z krakowskiej Smoczej Jamy.

Duże wrażenie robi wiersz ze strony 75:

„Zmyłeś kolory z moich skrzydeł

Nie płonę już purpurą,

Ani nie złocę się nocą,

Bardziej przypominam ćmę

Aniżeli motyla”.

Odnoszę wrażenie że człowiek jest /powinien być/ obecnie właśnie taką ćmą, namiętnie szukającą światła i prawdy. Człowiek musi w jakimś stopniu uporządkować sprawy najważniejsze i szukać wartości życia i jego sensu, a przede wszystkim zastanowić się jaka jest jego rola i jego miejsce na tym świecie. Powinien dociekać jakie są przyczyny tego, że w ogóle istnieje życie i że zaistniał on sam. Ten temat jest niejako przywołany wraz z postacią Ariadny w wierszu ze strony 21, w którym poetka pisze – „wchodzę w mrok z kłębkiem nici w dłoni”.

Jeśli człowiek współczesny będzie zajmować się wyłącznie sprawami jakie oferuje mu świat globalnego konsumpcjonizmu – pozostanie człowiekiem tylko z nazwy, będzie pozbawiony Transcendencji, zatraci prawidłowe relacje z innymi osobami i utraci swoje człowieczeństwo, będzie tylko maszynką – trybikiem- konsumentem, potrzebnym do zarabiania i kupowania /konsumowania/ towarów.

Poetka kończy tom wierszem, w którym mówi, że czuje się pokonana. Pozwalam sobie nie uwierzyć w te słowa, wierzę, że mają nas one tylko sprowokować i utwierdzić w tym abyśmy nie ustawali w poszukiwaniach. A co odnajdziemy?

Zdaję sobie sprawę, że myśląc filozoficznie mogę w tym miejscu tylko stawiać pytania[1]; a jak jest naprawdę to wedle słów Platona – wie tylko jeden Pan Bóg[2].

Ale te pytania są ważne, bez stawiania pytań człowiek nie może się rozwijać, realizować, planować i programować siebie i swego życia – tu i teraz. Do tego wszystkiego potrzebne jest poczucie nadrzędnego sensu.

Zbiór poezji JKT zmusza nas niejako do zastanawiania się, dociekania, myślenia, do postawienia pytania czy obłoki rzeczywiste mogą być puste. Właśnie takie dzieła poetyckie są dzisiaj potrzebne ludziom wrażliwym, którzy tęsknią za Transcendencją i nie zatracili jeszcze obojętności dla spraw naprawdę ważnych.

Tomik świetnie napisany i pięknie wydany, zawiera reprodukcje bardzo interesujących obrazów olejnych Kai Soleckiej.

——-

Joanna Krupińska-Trzebiatowska, Puste obłoki, Krakowski O. ZLP, Kraków 2016, s. 112, IBSN 978-83-941661-9-9

[1]Ziemiński I., Życie wieczne. Przyczynek do eschatologii filozoficznej, dz. cytowane, s. 600.

[2] Witwicki W., Wstęp [w:] Platon, Parmenides, Teajter, Wyd. Antyk, Kęty 2002, s. 12.

JURATA BOGNA SERAFIŃSKA

Kim jest Trickster?

Trickster to tytuł wydanego w 2013 roku tomiku poetyckiego Joanny Krupińskiej- Trzebiatowskiej. Po jego lekturze nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że jest to trzecia, najbardziej dojrzała część trylogii, której pierwsze tomy stanowią zbiory wierszy W jedną stronę bez prawa powrotu (2007) i Taniec śmierci (2010). W całej Trylogii podróżujemy wraz z poetką po różnych światach podległych różnym bogom i szukamy sensu, nadziei i śladów Najwyższego, który może – jeśli istnieje i jeśli zechce podarować nam zagubiony sens i porządek wszechświata, podarować nam nas samych, co oznacza uwolnienie, zbawienie, dar prawdziwego życia. W pierwszym tomie zwróciłam uwagę na wiersz mówiący o Bogu – Gorzej jeśli zamierza popełnić / razem z całym światem / samobójstwo. (s. 84), W tomie drugim odnalazłam Boga za którym – Wlecze się cień / Alter Ego pełznie […] / Podnosi się by mu dorównać. Rośnie. (s. 20). Nie bez powodu ostatni tom nosi tytuł Trickster. Polskie tłumaczenie tytułowego słowa nie oddaje całej wagi i mocy tej nadistoty, tego boga lub półboga (może Demiurga?), który gra czasem role żartownisia i przechery, i pod taką maską działa sprzeciwiając się woli Najwyższego – przeciwstawia się normom, działa wbrew ustalonemu porządkowi: przy czym nie jest do końca pewne czy to działanie polega na tym, że Trickster stworzył świat wbrew woli głównego bóstwa, czy tylko niezgodnie z jego poleceniami, a może tylko w jakiś sposób przeszkodził by dzieło stworzenia było doskonałe. Razem z poetką krążymy po wszystkich światach minionych i teraźniejszych i odnajdujemy skutki działania Trickstera, który ukrywa się pod nazwami przeróżnych bóstw starożytnych i współczesnych. Jestem okruchem gwiazdy […] owocem myśli Najwyższego […] dziełem Jego cienia Demiurga / albo alter ego […] czymś więcej niż materią z której zbudowane jest moje ciało” (s. 5). Nie znajdziesz śladów Stwórcy choćby je zostawił […] szum rozpostartych do lotu skrzydeł aniołów przywraca ci siły. (s. 6). Światło gdzieś na końcu wyboistej drogi wiodącej do nikąd […] niczym zwodnicza iluzja Sophii (s. 7). Autorka konsekwentnie szuka światła Sophii, wierząc wbrew pozorom stwarzanym przez Trickstera, że światło mądrości nie jest tylko zwodniczą iluzją. Hermes Trismegistos wyrył na szmaragdowej tablicy prawdę o zwierciadlanym odbiciu Ziemi i Nieba, świat bogów i ludzi jest tożsamy. (s. 33). Doszliśmy tu do postaci Hermesa Trismegistosa, czyli Hermesa Po Trzykroć Wielkiego, synkretycznego bóstwa hellenistycznego powstałego z połączenia cech greckiego boga Hermesa i egipskiego Thota, inspirowanego mistycznymi prądami judaizmu i identyfikowanego również z biblijnym patriarchą Henochem. Hermes Trismegistos reprezentuje triadę religii, nauki i sztuki, które tworzą pełnię, stanowiąc symbol tajemnej wiedzy starożytności. Przypisuje mu się autorstwo ponad trzydziestu tysięcy ksiąg, zawierających całą wiedzę starożytnego świata. Najbardziej znanym jego dziełem miała być Tablica szmaragdowa, która zaczyna się słowami: „Prawdziwe, bez fałszu, pewne i najprawdziwsze. To, co jest na dole, jest jak to, co na górze. Co jest na górze, jest jak to, co na dole […] wszystkie rzeczy istnieją z Jednego Medytującego […]”. Poetka wędruje drogą wiodąca pośród wielu niewiadomych, podobnie jak bezimienny młodzieniec z poematu Parmenidesa, poszukujący krągłej prawdy i wiedziony do niej przez Boginię. Wielka liczba niewiadomych […] pomiędzy przeszłością, a teraźniejszością / niezatarte autografy bogów / zaginione królestwa/ […] przeszłość […] toczy spór odwieczny o prymat prawdy . (s. 38). Możemy nadal ulegać złudzeniu istnienia / choć de facto w świecie tym niczego nie ma / prócz pikseli. (s. 108). Ten ostatni cytat jest jednym z wielu przykładów przykładem tego jak celnie i trafnie łączy poetka wiedze starożytną z najnowszymi zdobyczami nauki dwudziestego pierwszego wieku. Tomik poetycki Trickster stanowi kopalnię wiedzy dla miłośników świata starożytnego, pasjonujących się ciekawymi informacjami dotyczącymi wielkich religii, a także mitologii greckiej, rzymskiej, perskiej, egipskiej, czy sumeryjskiej. Zawiera utwory będące wspaniałą lekturą dla wymagających i wrażliwych na piękno poezji, a także poszukujących wiedzy, dla tych, którzy w kalejdoskopie kultur i religii współczesnego świata pragną znaleźć nadrzędną myśl przewodnia, nadająca sens całości. W tym miejscu pragnę przypomnieć słowa Justyna Męczennika, który w Dialogu z Żydem Tryfonem (tłum. ks. Misiarczyk L., Wydawnictwo UKSW, Warszawa 2012) pisał, że filozofia pogańska zawiera cenne ziarna prawdy, które powinno się z niej wydobyć; zaś nauka Platona nie jest całkowicie różna od nauki Chrystusa. W podobnym duchu były późniejsze wypowiedzi Boecjusza (Księga o „Hebdomadach” [w:] Traktaty teologiczne, tłum. Kijewska A. i Bielak R., Wydawnictwo Marek Derewecki, Kęty 2007). Joanna Krupińska-Trzebiatowska nie daje nam wyraźnej odpowiedzi na pytanie o wynik jej poszukiwań. Jednak w jej wierszach odnajdujemy płomienie nadziei i ślady wskazujące na to, że mógł zostawić je Najwyższy. Po co? Chyba właśnie po to abyśmy zachowali i pielęgnowali nadzieję. Nadzieja, ze Bóg / zasłuchany w dźwięki lutni Orfeusza / odmieni los człowieka […] („Taniec śmierci”, s. 10). Wierzę, ze Bóg / – jeśli w ogóle istnieje / jest miłością. (s. 92). Wiersze z tomiku Trickster nie pozwalają nam na zachowanie obojętności, zmuszają do myślenia i prowadzenia dociekań – literackich, historycznych, światopoglądowych, filozoficznych. Zachęcam do lektury.

Jurata Bogna Serafińska _______________

Joanna Krupińska-Trzebiatowska, Trickster, Wydawnictwo i Drukarnia Kurii Prowincjonalnej zakonu Pijarów, Kraków 2013., s. 116.

JURATA BOGNA SERAFIŃSKA

CZASOPRZESTRZEŃ MIŁOŚCI

       W 2013r. ukazała się nowa powieść poetki i pisarki Joanny Krupińskiej-Trzebiatowskiej „Niedorzeczna miłość”. To kolejna pozycja prozatorska po „Cieniu Boga”, ”Magicznym kręgu”, „Związku bez zobowiązań”, „Donosie”, „Doktorze Q”, „Zdradzie” i Nieślubnym synu”.

       „Niedorzeczna miłość’ to powieść, będąca studium kobiety współczesnej – wykształconej i wyemancypowanej, świadomej swojej wartości i … poszukującej najwyższego stopnia romantycznej wielkiej i prawdziwej miłości. Powieść pisana jest w pierwszej osobie, co potęguje wrażenie autentyczności sytuacji przeżywanych przez główną bohaterkę. Poznajemy kobietę inteligentną i wykształconą, pochodzącą z dobrego domu, nowoczesną pod każdym względem i zajmującą odpowiedzialne stanowisko, do tego piękną i mającą powodzenie u mężczyzn. Jesteśmy świadkami jej kolejnych wzlotów i upadków, jej wieloletniego konsekwentnego poszukiwania prawdziwej wielkiej miłości. Jest to walka o wszystko i przeciwko wszystkiemu, której przyświeca cel nadrzędny, a mianowicie odnalezienie drugiej połowy własnego ego.

       Bohaterce udaje się w końcu odnaleźć tę miłość. Jednak przejście od namiętnego romansu do stałego związku wymaga od niej wiele cierpliwości i starań.

[…] Wyśniony i wymarzony mężczyzna mojego życia nie zabiegał o moje uczucia. […] zależało mu natomiast i to z całą pewnością, na kontakcie fizycznym, na seksie, który okazał się być dla nas obojga wysoce satysfakcjonujący. […] Związek bez zobowiązań blisko pięćdziesięcioletniego mężczyzny z kobietą o piętnaście lat młodszą był tym, co artyści lubią najbardziej. Myśl, że niebawem wymieni mnie na nowszy model nasuwała się sama przez się. […]

Bohaterka osiąga swój cel, miłość zostaje przypieczętowana narodzinami dziecka i małżeństwem. I co robi po osiągnięciu tego najważniejszego celu? Otóż w pewnym sensie wyrzeka się swojej nowoczesności i przyjmuje tradycyjną rolę matki i żony. Zajmuje się urządzaniem domu, zakupami, gotowaniem i sprzątaniem, a także wydawaniem przyjęć dla znajomych i przyjaciół męża. Wszystko to jako drugi domowy etat, po wykonaniu obowiązków zawodowych, związanych z zajmowaniem odpowiedzialnego stanowiska.

[…] Kiedy kończył się tydzień i zaczynał weekend było tyle rzeczy do zrobienia i wydawało mi się, że nigdy nie opanuję pogłębiającego się wokół mnie chaosu. – Nie możesz przez pięć dni w tygodniu być prokuratorem, a przez pozostałe dwa sprzątaczką, kucharką i Bóg jeden wie, kim jeszcze – protestowało moje drugie ja, dowodząc, że pozwalam się wykorzystywać mężowi, który nawet palcem nie kiwnie, choć mógłby odciążyć mnie od nadmiaru obowiązków […] Zamiast tego oczekiwał, że trzydaniowy obiad zjawi się na stole jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki.[…] Przez dom przewijały się na co dzień tabuny ludzi, coraz to jacyś nowi znajomi z kraju i zza granicy, a ja musiałam witać ich w progu z uroczym uśmiechem, prowadzić konwersację z polotem w kilku językach, popisywać się erudycją, aby nie wyjść na kołtuna. […]

       A więc bohaterka zapłaciła wysoką cenę za realizacje swojego projektu pod tytułem miłość – szczęście – rodzina. Czy było warto? Zapewne tak, skoro mówiąc o mężu używała w dalszym ciągu  zwrotu – mężczyzna mojego życia i pisała o nim On używając wielkiej litery, jednak o tym, że zdawała sobie dobrze sprawę ze swojej sytuacji świadczą następujące słowa –

[…] nie rozczulaj się nad sobą – odezwało się moje alter ego. […] Pamiętaj, że przywilejem jest występowanie u boku męża. Tak było zawsze. W czasach twojej matki i babki, a nawet prababki, kobieta ledwo trzymając się na nogach po urodzeniu dziewiątego dziecka, z czarującym uśmiechem szła na bal. – Ale nie pracowała zawodowo i miała cały sztab służby – utyskiwałam, lecz w głębi ducha rozpierała mnie duma, że udało mi się wejść w świat bohemy i mogę uczestniczyć w wielkich wydarzeniach artystycznych, wernisażach, salonach poezji, premierach i koncertach, że jestem żoną uznanego artysty. […]

A jednak okazało się, że ten wymarzony mąż potrzebował czegoś więcej niż żony, matki dzieciom i pani domu. Potrzebował inspiracji, natchnienia, nowej muzy, był wszak znanym artystą-malarzem – muza z która się ożenił straciła już dla niego urok nowości –

[…] W dniu, w którym stanęłam twarzą w twarz z bolesną prawdą, że utraciłam dotychczasowe atuty i zostałam ostatecznie zdetronizowana, poczułam się jak żona Henryka VIII przed egzekucją, nie wiedziałam tylko, jaki zastosuje wobec mnie rodzaj kary, odsunie od stołu i łoża, skaże na banicję, czy sam się wyprowadzi do tej młodszej, choć niekoniecznie piękniejszej kobiety. […]

A więc banał? Okazuje się, że jednak nie. Bohaterka powieści pragnie i potrafi wybaczyć, chociaż, jak sama przyznaje, mąż o wybaczenie nie prosi. – Nie ważne gdzie byłeś, skoro jesteś teraz tutaj ze mną – myśli, ale nie mówi tego głośno. Jednak zdobywa kolejne doświadczenie, może wydać się to dziwne, że dopiero teraz w czasie trwania trzeciego już związku małżeńskiego, bohaterka traci przynajmniej część swoich złudzeń –

[…] uświadomiłam sobie, jak wielka przepaść oddziela nasze młodzieńcze wyobrażenia o przyszłości, o miłości, o życiu we dwoje z ukochanym człowiekiem od rzeczywistości, która stopniowo odsłaniała kolejne prawdy o ludzkiej egzystencji utwierdzając nas coraz bardziej w przekonaniu, że nie wolno nikomu ufać bezgranicznie […]

Tak, „Niedorzeczna miłość” to nie tylko opis czasoprzestrzeni miłości, to również powieść psychologiczna. Co wynika z opisanych sytuacji uczuć? Czyżby to, że od wieków nic nie zmieniło się w kwestiach damsko -męskich? Że kobiety oczekują od swych wybrańców bezgranicznego oddania i są zdolne do skrajnych poświęceń, że potrafią się wyrzec kariery i własnej drogi intelektualnej, albo jak nasza bohaterka, kosztem własnego zdrowia próbują łączyć własny rozwój z pracą domową, pichcąc i klejąc te wszystkie przewspaniałe torty, pieczenie i pierożki? A ukochany, owszem będzie chętnie pałaszował podsuwane smakołyki i z całą przyjemnością odda się swoim pasjom w czasie kiedy partnerka wykonuje obowiązki jego i swoje, ale natchnienia i inspiracji , tak samo teraz, jak i przed wiekami poszuka poza domem. Ale nie chcę tu krytykować i potępiać wyłącznie mężczyzn. Przedstawicielki płci pięknej też mają swoje wady i winy. A sprawą istotną w tym konkretnym przypadku jest to, że bohaterka powieści z góry wiedziała, iż jej zaangażowanie w związek jest silniejsze niż zaangażowanie jej przyszłego męża. Napisała przecież wyraźnie, że  –

[…] Spędziliśmy ze sobą wiele upojnych nocy, ale on wciąż trzymał mnie na dystans, na tak zwaną bezpieczną odległość i nigdy nie padło ani jedno słowo ani o miłości, ani o wspólnej przyszłości. Liczyły się jego potrzeby, moja potrzeba stabilizacji życiowej nie.[…]

A więc bohaterka świadomie podjęła ryzyko i weszła w niezbyt pewny dla siebie związek –

[…] zniewolona z jednej strony uczuciem a z drugiej pożądaniem, brnęłam w tę kipiel nie bacząc na to, że mnie pochłonie, zupełnie tak, jakby raptem pozbawiono mnie nie tylko zdolności przewidywania, ale również resztek zdrowego rozsądku. Liczył się tylko On […]

       Wiele mówi tytuł powieści „Niedorzeczna miłość. Robert Sternberg, amerykański psycholog i psychometra, profesorem psychologii i kształcenia na Uniwersytecie Yale, wyróżnia siedem rodzajów miłości, a niedorzeczną miłość klasyfikuje jako zaangażowanie i namiętność, ale bez intymności. Zgodnie z jego teorią bohaterka powieści zdecydowała się świadomie na związek, w którym nie mogła liczyć na wzajemne zrozumienie, szacunek i wsparcie. Zgodziła się na to, co partner mógł i chciał jej zaoferować. A więc, czy było tu miejsce na ewentualne rozczarowanie?

Myślę, że tak, bo zawsze liczymy, że los da nam więcej. Ale dalsze rozważania psychologiczne nie mają już większego sensu. Opisana historia to fabuła powieści, a nie zapis autentycznych wydarzeń. Autorka zaznaczyła zresztą wyraźnie na ostatniej stronie powieści, że opisała historię, która nigdy się nie wydarzyła, a wszelkie podobieństwo do osób żyjących jest całkowicie przypadkowe.

Powieść Joanny Krupińskiej-Trzebiatowskiej ma, poza wyżej opisanymi, również walory związane z szeroko zarysowanym tłem społecznym i politycznym. Akcja rozgrywa się w Gdańsku, a nie w Krakowie, na przestrzeni lat 1981 – 2006. Świetnie oddany jest też klimat obyczajowy środowiska prawniczego, a także artystycznego, z ich powiązaniami, koneksjami i koligacjami bohaterów.

Tę książkę warto przeczytać.

Joanna Krupińska-Trzebiatowska,

Niedorzeczna miłość, Wydawnictwo i Drukarnia Kurii Prowincjonalnej Zakonu Pijarów, Kraków 2013.

JBS. Warszawa, 2.III.2014r.

JURATA BOGNA SERAFIŃSKA

DOKTOR Q – recenzja

FIKCJA LITERACKA CZY WIZJA PRZYSZŁOŚCI?

Kilka miesięcy temu dostałam pięknie wydaną powieść Joanny Krupińskiej-Trzebiatowskiej p.t. „Doktor Q”. (z reprodukcją obrazu Janusza Trzebiatowskiego z cyklu „Ona” na okładce).

Kilkakrotnie zabierałam się do czytania i za każdym razem jakieś wydarzenia mi to uniemożliwiały, tak jakby tajemnicze siły nie chciały abym zapoznała się z treścią powieści.
W końcu udało mi się wreszcie odłożyć wszystko na bok i przeczytać książkę.

Jestem oczarowana nowoczesnym ujęciem tematu.

Treść dotyczy zapłodnienia in vitro, dokonywanego na masową skalę. Wiąże się z tym wspaniale rozrysowana spiskowa teoria dziejów. Do tego zgrabna intryga, ciekawie naszkicowane postacie…

Książka ma w sobie elementy powieści sensacyjnej, fantastyczno-naukowej, science fiction, psychologicznej, wreszcie kryminału; zawiera wątki historyczne, nawiązania do biblii, do dziejów Masonerii, zawiera ciekawostki archeologiczne, astronomiczne i medyczne.
Księżyc, Mars, Sfinks. Piramidy w Gizie, starożytne bloki z superbetonu… cykl precesyjny Ziemi… przyszłość wynikająca z zamierzchłych dziejów… przesłanie dawnej cywilizacji… kod genetyczny … odwieczna walka dobra ze złem…

I sprawa do przemyślenia dla każdego wnikliwego czytelnika sprawa związana z sensem naszego istnienia na planecie Ziemia – czy to tylko fikcja literacka, czy też wizja tego co nastąpi w przyszłości, a być może dzieje się już tutaj i teraz?

„na skutek kosmicznego spisku zostaliśmy odizolowani od wszystkiego, co istnieje i funkcjonuje we wszechświecie, odcięci od reszty galaktyki i od swoich wielkich przodków, a w konsekwencji nie tylko pozbawiono nas możliwości rozwoju, ale skazano na upadek i regres cywilizacyjny (…) Teraz, u progu nowej ery, znowu znaleźliśmy się w centrum zainteresowania mieszkańców kosmosu, którzy toczą ze sobą odwieczny spor o prawo do eksploracji naszego globu. (…) ci, którzy usiłują zmienić nasz kod genetyczny, chcą nas zniszczyć, tak by niebawem po ostatnim człowieku na Ziemi nie pozostał nawet ślad. – to tylko fragmenty wypowiedzi bohaterów powieści ze stron 252 – 254.

Powieść kończy się pewną nutą optymistyczną, ale nie będę więcej pisać na temat fabuły, aby nie pozbawiać czytelników przyjemności wynikającej z lektury.

Prorocze wizje zdarzały się w przeszłości pisarzom, można tu podać przykład znany wszystkim – Juliusza Verne. Opisał on w swoich powieściach, pisanych w wieku XIX, wynalazki z końca XX wieku.

Być może za jakiś czas okaże się, że to co bierzemy dzisiaj za fikcję literacką w powieści „Doktor Q” – okaże się być prawdziwą teorią.

Zapraszam do lektury powieści Joanny Krupińskiej-Trzebiatowskiej „Doktor Q”. Tę książkę warto przeczytać.

Jolanta Baziak

Teozofia w Donosie

W tym omówieniu kolejnej książki Joanny Krupińskiej-Trzebiatowskiej początkowo chciałam się zająć postaciami kobiet (bo to one występują w przewadze a mężczyźni w tle) i zarysować ich portrety psychologiczne, a ściślej jeden zbiorczy, który wydał się dość istotny ze względu na swoją archetypiczną powtarzalność i całkiem dobrze korespondowałby z tytułem Donos. Jednocześnie należało zastanowić się, dlaczego?
Autorka wybrała na bohaterki kobiety skrzywdzone przez swoich rodziców, mężów, kochanków, a inaczej i ogólniej przez l o s. Po zakończeniu lektury wątki te wydały się jednak podrzędne w stosunku do podskórnego nurtu narracji, co prędzej więc zaczęłam myśleć innymi kategoriami. Otóż fabuła powieści czy jak określa ją Sylwester Marynowicz – „antypowieści” podporządkowana została pewnej zasadzie, przyjętej niejako z „góry”. O jakiej zasadzie mowa wyjaśnimy sobie nieco później.

Tak się również zdarzyło, że już na stronie dziesiątej spotkałam się z myślami głównej bohaterki – Katarzyny – o diabelskich sztuczkach wyprawianych w Moskwie, w której aktualnie przebywała, jak to miało miejsce za czasów opisanych przez Bułhakowa w Mistrzu i Małgorzacie, a ja tymczasem przygotowywałam wystawę grafik Kacpra Bożka z Krakowa pt. Mistrz i Małgorzata w bydgoskim muzeum na Trójkąt Literacki. Mało tego, mottem wybranym przez Bułhakowa do swojej książki jest cytat z Fausta Goethego o naturze zła, który znalazł się w postaci planszy na wystawie. Próbowałam sobie wówczas przypomnieć, kto wprost do uwielbienia przytaczał cytaty z Goethego? Oczywiście – Rudolf Steiner, który całe swoje życie poświęcił na opracowywanie dzieł Mistrza, czerpał z jego tekstów inspiracje (obok Ewangelii wg św. Jana czy Apokalipsy) do zbudowania własnej teozofii, później antropozofii.  Rudolf Stirner napisał m.in.: Z kroniki akasza, Stopnie wyższego poznania, Wiedza tajemna w zarysie, Strażnik progu, Przebudzenie duszy, generalnie o intuitywnym poznaniu świata nadzmysłowego. Sięgnęłam zatem ponownie po jego wykłady i oniemiałam z wrażenia. Tak, powieść Joanny Krypińskiej-Trzebiatowskiej w gruncie rzeczy jest całkowicie zanurzona w teozofii. Idąc po śladach swoich przodków Katarzyna natrafiała na pewne niewyjaśnialne z pozoru zjawiska, spotykała ludzi jakby z poza czasu i przestrzeni. Autorka mogła w ten sposób budować akcję dla samej sensacji, ale strzeż się Czytelniku przed taką konkluzją i uzbrój w dodatkową czujność, gdy mowa o Świętym Graalu, Marii Magdalenie czy kolejach losu Templariuszy.

Teraz kilka myśli o teorii Steinera, stycznych z Donosem, oczywiście skrótowo i sygnalnie:
– W pierwszych czasach atlantyckich człowiek pamiętał wyraźnie przeżycia swych przodków i czuł się ogniwem w łańcuchu rodowym. – Istoty ludzkie podlegały jeszcze siłom oddziaływania Słońca i Księżyca i niezróżnicowany dotąd element „kobiecy” mógł się rozdzielić na męski (Słońce) i żeński (Księżyc). – Atmosfera Atlantydy przeniknięta była gęstą mgłą (unosił się Duch nad wodami), a mieszkańcy obcowali z duchami. Kiedy potężne masy wody zatapiały Atlantydę, najbardziej rozwinięta część ludności zawędrowała do Azji i niewielka do Europy tworząc pierwszą kulturę poatlantycką. Germańskie legendy głoszą, iż np. rzeka Ren przechowuje świadomość dawnych Atlantów, mądrość tamtej mgły Nibelungów. Człowiek, upadając w materię, doskonalił się, ale równocześnie zapominał o światach duchowych i teraz koniecznym jest ponowne wzniesienie do świata duszy.
– Ludzkość miesza się, nie będzie ras w celu wypracowania jedności całej ludzkości, aby poznać prawdę samą w sobie oraz spotkać się duchowo, by pozytywnie kształtować przyszłość. Ciało stanie się subtelniejsze i lżejsze. – Przejście w okres planetarny Jowisza zaowocuje innym organem rozrodczym, a będzie nim krtań, inaczej mówiąc „słowo” wypowiedziane stanie się ciałem.
– Dlatego w czasie największego zagrożenia materią powstało bractwo różokrzyżowców, by przeprowadzić ludzkość ze starego w nowy cykl rozwoju.

Cała podróż Katarzyny, pani prokurator w stanie spoczynku, po Azji i Europie, koncentruje się na poszukiwaniach poznawczych bardzo racjonalnych, a przydarzają się jej różne wizje i niesamowite spotkania, jakby była jakimś medium predestynowanym do odkrycia świata ponadzmysłowego. Jej korzenie rodzinne sięgają Wikingów i Merowingów. To połączenie sprawia, że wszystkie wątki się ze sobą łączą i wydają się być uprawnione. Przy okazji Czytelnik zostaje obdarowany niezłą porcją wiedzy o odwiedzanych miejscach, a jeżeli już tam był – ma możliwość powspominać. Tę część książki cenię sobie najbardziej. Jednakże nie wolno nam zapomnieć o pełnym zamyśle Autorki. Tytułowy donos dotyczy ewentualnego przyjścia na świat kolejnego Antychrysta i Katarzyna zostaje w ten proceder uwikłana, poprzez swoją pracę, znajomych i przyjaciół. Powierza jej się nawet zadanie uratowania świata przed złem – odszukanie zaginionej matki noszącej to dziecko, poczęte w wyniku gwałtu dokonanego przez grupę satanistów. Dziecko nie może się narodzić. Krótki Prolog i równie zwięzły Epilog spinają tę powieść klamrą wiarygodności, co więcej stawiają Czytelnika przed kolejną niewiadomą, bowiem prokurator Arkadiusz Wąs zamyka śledztwo po odebraniu sobie życia matki przez powieszenie. Dziecko jednak przyszło na świat…
„ – Nie pytasz już skąd wzięło się zło? – usłyszała [Katarzyna] za swoimi plecami diaboliczny chichot tego, którego imienia nigdy nie odważyła się wymawiać, ale Księżyc napełnił ją siłą i odwagą…”.

Drogi Czytelniku, nie lękaj się – mówię to teraz z przymrużeniem oka – w przyszłej dobie cyklu Saturna tylko słowa, same dobre słowa, będą potomkami rodzonymi przez krtań. Dualizm materii, dzisiejsze dobro i zło, odejdą w niepamięć. Póki co, jednak rozglądajmy się bacznie i reflektujmy, jak przystało na ludzi uwikłanych w materię, czyli obciążonych „wielowiekowym procesem odrywania się człowieka od źródeł własnego bytu i zastępowania ich własnymi cielcami wartości” – jak to syntetycznie ujął na 4 stronie okładki Leszek Żuliński.

Powieść Donos, czwartą, a wiemy już o piątej, książce prozatorskiej Joanny Krupińskiej-Trzebiatowskiej czyta się w napięciu, bowiem szuka się związku poszczególnych postaci z głównym nurtem powieściowym i w zaskakujący sposób odnajduje. Na stronach lektury poddamy się urokowi wtrąceń lirycznych i refleksyjnych, co przecież nikogo nie dziwi, bowiem Autorka jest poetką. Można też skupić się na erudycyjnych fragmentach opisowych i potraktować Donos jak dobry przewodnik, choćby po Europie. Można zatem czytać na wielu poziomach percepcyjnych i każdy, w zależności od swojego zasobu – tzw. „skrzynki z narzędziami” Sartrea – znajdzie dla siebie możliwość obcowania z obfitą i dobrze napisaną prozą, po której pozostaje zamyślenie i chęć reflektowania. W tym omówieniu podkreśliłam swoistą teozofię Autorki, starając się jednak nie przekonywać o jednoznaczności odbioru.

Joanna Krupińska-Trzebiatowska: Donos, Fundacja „Panteon Narodowy na skałce”, Kraków 2008, ss. 658

Sylwester Marynowicz

ANTYPOWIEŚĆ Pani Joanny

Na początku pragnę przytoczyć przyjmowane przez krytyków określenie „antypowieści”, która oznaczała grę z czytelnikami w zapisie kompozycji owej prozy, jak i eksperyment językowy, który powinien wskazywać na relatywizm poznawczy, wieloznaczność rzeczywistości i niejasność struktury rzeczywistości.

W powyżej przytoczonych kategoriach chciałbym przedstawić powieść Joanny Krupińskiej-Trzebiatowskiej pt. Donos, wydanej w 2008 roku przez Wydawnictwo „Rupella” oraz Fundację „Panteon Narodowy na Skałce” a liczącą sobie 685 stron. (Co do tej ostatniej informacji, muszę powiedzieć, że nie jest to jakiś szczególny wyczyn, jako że „Kod Leonarda Da Vinci” Dona Browna to powieść w objętości swojej niewiele mniejsza od Donosu, ma bowiem stron 568).

Omawiana książka Joanny Krupińskiej-Trzebiatowskiej składa się z trzech części, które zawierają opis losów głównej bohaterki, Katarzyny, poczynając od drugiego jej małżeństwa, zawartego z niejakim Aleksem, a zamyka się, kiedy kobieta kończy nieco ponad 55 lat i przechodzi na wcześniejszą, wymuszoną, emeryturę; niemniej ten fakt pozwala jej zrealizować dziewczęce marzenia. Wyrusza w daleką podróż do Tybetu, następnie do Europy śladami swoich dociekań związanych z własnym, arystokratycznym, pochodzeniem. Zgodnie zresztą z zasadą – noblesse oblige.

Ośmielę się zauważyć, że wszystko w tej książce jest grą z czytelnikiem, poza tym co zabawą być nie powinno. Nie może bowiem rozweselić odbiorcy teza, że cokolwiek robimy nie jest dziełem przypadku, przeciwnie to wytwór jakiejś Opatrzności oraz że jesteśmy dotknięci piętnem zła jakie człowiek nosi w sobie od zarania dziejów ludzkich. Czyli jak chcą ateiści – tuż po pierwszym wybuchy i jak twierdzą teiści – od Ewy skuszonej przez zbuntowanego Anioła Pana Boga, zwanego Szatanem. Co jednakże z tego wynika? A to, że jesteśmy skazani na toksycznych rodziców (patrz: Susan Forward „Toksyczni rodzice”, 2006). Słowem – rodzicieli straszliwych, bo zatruwających swoje dzieci od tysięcy lat. Tę złą pasę ponoć chciało przerwać  kilku wysłanników Boga: Jezus, Mahomet, Budda, ale ta sztuczka im się nie udała, bo Piekło nie daje za wygraną, czego dowodem w ostatnich dziejach ludzkości są Hitler i Stalin, rzeczywiści wysłannicy capo di tutti capi wszystkich diabłów. Broniąc się przed tą tezą – którą autorka rozciąga na cała książkę, czyniąc z niej główny leitmotiv swojej opowieści – pisarka czyni nie tyle ród kobiecy za toksyny odpowiedzialnym, a klan mężczyzn, uosobienie satanicznego nasienia. Można by cichutko zapytać: a gdzież tu się podziało wychowanie? Może w wychowaniu cała zwrotna siła przeciwko złu? Niestety „musztra” nie ma nic tu do rzeczy. Autorka idąc tropem uwewnętrznionej na stałe agresji męskiej prowadzi akcję powieści w taki sposób, że poczęcie chłopca-czarta (rzecz co jakiś czas powszechna) następuje w nader makabrycznych okolicznościach. Zawiera się to w zbiorowym, rytualnym  gwałcie satanistów na dziewczynie-dziewicy, a  narodziny dziecka to „akt” mogący przynieść światu jakiegoś nowego Wolfiego, Adolfa Hitlera lub Iosifa Wissarionowicza Dżugaszwili, zwanego Stalinem.

Na szczęście główna bohaterka Donosu, Katarzyna, jest powiedzmy sobie szczerze – wielce przekorna, co z kolei może oznaczać, że autorka prowadzi z czytelnikiem dodatkowo wielce wyrachowaną grę, z której wynika, że mnóstwo wydarzeń ujawniających sposób pojmowania świata przez Katarzynę oraz jej uczestnictwo w literackiej rzeczywistości, rozgrywa się z jednej strony naprawdę (dane historyczne), ale równie dobrze wszystko dzieje się tylko tak dla wzbudzenia temperatury myślowej u czytelnika. Innymi słowy gramy w dosyć dowolną interpretację faktów, które tworzą potężny ciąg hagiograficzny. A jest nim nie co innego, jak w pewnej mierze kontynuacja powieści Dona Browna „Kod Leonarda da Vinci”. Wszystko sprowadza się do wędrówki śladami Świętego Graala, czyli rekapitulujemy losy Marii Magdaleny będącej wcześniej, niż nastąpiła śmierć Jezusa, matką Jego dziecka. MM nosiła więc w sobie krew Boga. Innymi słowy to żona Jezusa stała się świętym Graalem. Natomiast już jako połowica po śmierci męża uciekła z Jego dzieckiem do Francji, dając początek dynastii Merowingów.   

Aby gra w opowieści Donos toczyła się jeszcze ciekawiej Katarzyna stwierdza, że jej arystokratyczne korzenie z Merowingami łączą się w którymś tam rozgałęzieniu wspólnego drzewa rodzinnego, jako że jej przodkowie wywodzą się z jednej strony od Wikingów, a z drugiej od Merowingów. Tak więc można domniemywać, że główna bohaterka Donosu ma w sobie coś ze świętej Marii Magdaleny i oczywiście Jezusa Chrystusa z Nazaretu.

Książka Joanny Krupińskiej-Trzebiatowskiej Donos staje się również podjęciem ostrej polemiki, mimo ostatecznie monoteistycznej wiary głównej bohaterki, Katarzyny, z całym chrześcijaństwem, które z natury swojej jest antykobiece. Kobieta, wedle wielu autorytetów Kościoła, stała się inicjatorem grzechu. Autorka  ostro polemizuje z tą tezą, udowadniając, że rzekomej próżności płci pięknej przeczy ogromna wiedza kobiet o świecie i życiu, zaś tzw. wyuzdanie dziewcząt to jedynie mit powtarzany przez ród męski na obronę  własnej agresji. Kobiety-bohaterki Joanny Krupińskiej-Trzebiatowskiej są partnerkami we współżyciu w stadle rodzinnym wierne przykazaniu miłości, a poza tym są po stokroć mądrzejsze  od swoich  towarzyszy tak co do działań intuicyjno-emocjonalnych, jak i umysłowo-intelektualnych. W każdym razie Katarzyna imponuje wiedzą wprost niebywałą, praktycznie w każdej dziedzinie. Jeśli psychologowie są skłonni przychylić się do twierdzenia, że kobiety cechuje lepsza pamięć od mężczyzn, to gros bohaterek w Donosie ma tę pamięć wręcz fotograficzną. Przy czym ich analizy filozoficzne mogą świadczyć o tym, że wiedza, którą nabyły jest niezwykle funkcjonalna i przydatna w każdej sytuacji życiowej.

Kiedy Katarzyna wygłasza tezę, że kobiety powinny przejąć władzę nad światem, roztaczając przed czytelnikiem wizerunek egzystencji ludzkiej pozbawionej dramatycznej konfliktowości, to ja również jestem za tym, by to białogłowy rozpoczęły swoje rządy na tym łez padole. I to jak najszybciej.

Co zaś do samego „donosu” tyczącego się aborcji wykonywanej u dziewczyny, na której dokonano gwałtu zbiorowego przez satanistów, to w świetle obowiązującego prawa wszyscy są zgodni co do tego, że usunięcie ciąży powinno w tym przypadku nastąpić. Gorzej naturalnie, gdy kobieta ów dramat osobisty zataja przed stróżami sprawiedliwości, wówczas owa sprawiedliwość staje się ślepa, czyniąc z ofiary kata lub też stawia go na równi z nim. Cóż wtedy pozostaje „kozłowi ofiarnemu”? Niestety, zginąć na „świętym” ołtarzu prawa… Straszna to pointa tej powieści, ale bywa bardzo często wielce prawdziwa. 

Leszek Żuliński

Joanna Krupińska-Trzebiatowska ma już znaczący dorobek literacki. Jej tomiki poetyckie i jej powieści to owoc wieloletniego trudu, ambicji, wyobraźni, pasji… Jeszcze niedawno myślałem, że to „ucieczka” od codzienności, zwłaszcza tej związanej z zawodem prokuratorskim, jaki autorka uprawia. W jakiejś mierze literatura zawsze ucieka lub chce uciekać od codzienności życia; ta autorka robiła to zresztą w sposób spektakularny. Ezoteryczne i ponadracjonalne wymiary losu zawsze ją kusiły; fabuły poprzednich powieści działy się na pograniczu realnego i nieznanego świata, siły decydujące o ludzkim losie, emocjach, wyborach były „nie z tego świata”. W pierwszym zetknięciu z wyobraźnią Joanny Krupińskiej ulegało się wrażeniu, że literatura science fiction oraz wiedza (i obfite ostatnio doniesienia) z zakresu parapsychologii trafiły na podatny talent, jednak głębsza lektura tych tekstów wiodła raczej w stronę filozofii, która – jak wiemy – szuka przyczyn i celów naszego istnienia, dopatruje się logicznego porządku w ewolucji kulturowej i cywilizacyjnej, stara się odczytać kody z tropów i archetypów, które przestały być czytelne wraz z wielowiekowym procesem odrywania się człowieka od źródeł własnego bytu i zastępowaniem ich własnymi cielcami wartości.

Ta, czwarta już z kolei, powieść krakowskiej pisarki pozostaje wierna jej dotychczasowemu modelowi prozy. To epika wartka, osadzona w znakomicie odtwarzanych realiach współczesności, ale i sięgająca do szerokiego tła historycznego, pełna werwy obyczajowej, nie stroniąca od wątków erotycznych, osadzająca fabułę w znakomicie prowadzonych wątkach rodzinnych i psychologicznych… Korzenie tej prozy tkwią w bystrej obserwacji życia i bezcennej jego znajomości. Ale… Autorka jeszcze raz skorzystała z niebanalnego doświadczenia, jakie daje zawód prokuratorski, więc i w Donos wpisana jest „powieść z paragrafem”. Te wątki są tu także niezwykle aktualne, wydobyte z najbardziej gorących dylematów naszych lat, jak na przykład problem aborcji i jej „obwarowań” prawnych… W końcu cały ten splot niebywałych zdarzeń fabularnych znowu – jak to u Joanny Krupińskiej-Trzebiatowskiej – obnaża swe powiązania z czasami mitologicznymi i siłami, o jakich „się nawet filozofom nie śniło”.

Można ten świat powieściowy potraktować jako pomysł na dobrą, trzymającą w napięciu lekturę, i po prostu świetnie się bawić (oraz „uczyć życia”). Można jednak poddać się fantazjom autorki bardziej na serio, aby choćby na chwilę zastanowić się, „skąd przybywamy i dokąd idziemy”.

MAREK SOŁTYSIK

Powieść  „Kiedy miłość była zbrodnią”  Joanny Krupińskiej –  Trzebiatowskiej, to kolejna książka, w bogatym dorobku literackim tej autorki,  a natrafimy  w nim nie tylko na ciekawe powieści, ale również na  ambitne  tomiki  wierszy.

Jest to powieść historyczna, która idealnie wkomponowała się w  kanon jakże dzisiaj popularnej literatury  obozowej i wojennej. 

Proza poruszająca nie  tylko tematykę II Wojny Światowej, ale również  czasu  „po” tym traumatycznym okresie.  Czasu rozliczeń , w który zaangażowane były jednostki wojskowe i wywiadowcze z wielu krajów. Okres w historii  trwający wiele lat, a  pozostawiający za sobą dramaty wielu rozbitych rodzin, osamotnionych dzieci, rodziców oraz tragedii rodzinnych  rozgrywających  się w wielu przyszłych pokoleniach, po akty największej desperacji – samobójstwa włącznie.  

Do takich osób należy również Wiktoria Berg, absolwentka studiów doktoranckich Wydziału Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, główna bohaterka powieści.  Atrakcyjna, młoda kobieta, która zabiera nas w podróż po Europie. Tak, w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Jednak to nie podróż globtroterska, ani tym bardziej relaksująca . To podróż śladami jej przodków, pełna miejsc historycznych, wspomnień, przemyśleń i podążania śladami zbrodniarzy wojennych. Autorka zgrabnie przeprowadza Czytelnika przez okres sprzed  II Wojny  Światowej,  wplatając w fabułę wielu szczegółów i faktów historycznych, co sprawia, że książkę  nie tylko płynnie i z ciekawością się czyta, ale również przypomina nam ona o  ważnych momentach w dziejach ludzkości. Sięgając przy tym do najstarszych cywilizacji.

Poczynając od Homo Habilis, który pojawił się blisko dwa miliony lat temu, przez budowle Sumerów, wielką piramidę w Gizie, Arkę Przymierza i biblijnego Mojżesza, docieramy do Anioła Jahwe.

„ Jeśli pójdziesz dalej tym tropem, to znajdziesz odpowiedź na pytanie, co to jest imperium zła. To królestwo szatana, przybierającego na przestrzeni dziejów różne oblicza. Generuje fanatyzm i podsyca wojny religijne.  (…)  Ale nie było w całej historii ludzkości takiej eskalacji zła,   do jakiej doszło w czasie drugiej wojny światowej, na kosmiczną skalę zakrojonego bestialstwa i ludobójstwa. „

Głęboka analiza dziejowa korzeni zła przeraża i skłania do daleko idących rozważań, z równoczesnym przełożeniem na czasy obecne.

Książka ta to  wielka podróż.  Zagościmy  w Warszawie, by potem udać się do Gdańska,  z którego wyruszymy w podróż do Heidelbergu, Weimaru, Ludwigsburga,  a nawet zajrzymy do wspaniałej Katedry Notre Dame. Dalej autorka  przenosi nas do starożytnych budowli Meksyku.  

W powieści nie brakuje  również nakreślenia różnic  kulturowych.  Pomimo, że to temat stary jak świat  pozostanie zawsze  tematem  bardzo delikatnym  i  trudnym, wzbudzał  i wzbudzać będzie  zawsze wiele emocji i dyskusji pomiędzy narodami tego świata.

I to właśnie w ten skomplikowany świat  niemiecko-żydowskich  wprowadza nas autorka,  na kartach swojej powieści. Robi to w sposób wysublimowany, ale  bardzo szczegółowy.  Nie łatwe do  zrozumienia  koligacje  i powiązania rodzinne  pomiędzy  rodem  żydowskim  Reinhardtów   a ewangelicką rodziną Rosenfeldów  prowadzą do odkrywania tajemnic, które wstrząsną młodą Wiktorią i całym jej życiem.

Gdańsk,   autonomiczne miasto-państwo i spokojne, niemalże sielankowe życie rodziny Rosenfeld przed wojną.  Doktor Hans Rosenfeld,  jego  małżonka dystyngowana  arystokratka  Maria Rosenfeld oraz ich córka  Ewa Rosenfeld, uwikłana w romans z żydowskim lekarzem  Maurycym Reinhardtem oraz nazistą Rudolfem Bergmannem Hauptsturmfuehrerem SS, budowniczego obozu koncentracyjnego Stutthof.   

Tajemnice rodziny,  Wiktoria  odkrywać będzie powoli, krok po kroku, a tym samym coraz bardziej  żyć będzie  przeszłością.

W roku 1945  Maria Rosenfeld patrząc na wydarzenia minione i bieżące zastanawiała się czy to już dzień Apokalipsy,  a słysząc naloty bombowe i ostrzały artyleryjskie nie potrafiła przestać  myśleć  o swojej córce Ewie. Ale wtedy, 9 maja roku 1945, kiedy wojska radzieckie wkroczyły na teren obozu koncentracyjnego Stutthof, jej córka Ewa już nie żyła;  było już za późno na budowanie utraconych relacji pomiędzy matką i córką.

Maria Rosenfeld, jako rodowita Niemka dobrze wiedziała co ją teraz  czeka, gdy  Gdańsk został zdobyty przez Armię Czerwoną.  Udało  się jej tylko uratować dwóch wnuków, których przekazała  w ręce swojej kaszubskiej  kucharki.  

Kiedy po latach Wiktoria, przyjmuje jako darowiznę od stryja  dawny dom swojej babci Ewy Reinhardt i  odnajduje w nim  jej  „Dziennik”,   rozpoczyna wielką i dramatyczną przygodę życiową.  

Jeszcze wtedy nawet w najśmielszych snach  nie przeczuwała, że odnajdując po latach  miłość swojego życia, tak naprawdę z każdym dniem będzie podążać ku własnemu zatraceniu.

Odwiedzając  miejsca opisywane w „Dzienniku” swojej babci, stara się zrozumieć  i zgłębić tajemnice rodziny, ale czy słusznie?  

Trudo się jednak dziwić, cały splot wydarzeń i odkrywanych tajemnic rodzinnych, każdego z nas popychałby w kierunku, jaki obrała również bohaterka tej powieści.

Autorka wprowadza nas również  w kulturę i obyczaje rodów żydowskich, ukazując  bogactwo rytuałów i obrzędów, a zarazem  ukazując brutalność  życia po 1 września 1939 roku.  

W znalezionym „Dzienniku” , Wiktoria zapozna się z historią dziadków a jednocześnie pozna  wiele   szczegółów z życia  swojej babci i to z najdrobniejszymi szczegółami. 

Będzie musiała  zmierzyć się  z bolesną prawdą i zaakceptować  wydarzenia sprzed wielu lat. Próbując zrozumieć jak trudne i bolesne decyzje musieli podejmować najbliżsi członkowie jej rodziny, aby przeżyć i uratować życie swoich ukochanych.

 Wiktoria sama przeżywać będzie trudne chwile, które wymagać będą od niej nie lada odwagi i przyjęcia do świadomości kolejnych obciążeń, kolejnych perturbacji losu.

W „Dzienniku” znajdziemy zapisy ukazujące jak bestialsko  i z jakim okrucieństwem w obozie koncentracyjnym Stutthof  traktowano ludzi i w jaki sposób znęcano się nad nimi. To z tymi brutalnymi scenami i opisami Wiktoria będzie się konfrontować na co dzień, mając świadomość, że to ludzie ludziom zgotowali takie piekło na ziemi.   

Wieloletnie maltretowanie i wieloletnia  katorżnicza  praca  w obozie Stutthof, pseudobadania i pseudoeksperymenty  wykonywane przez „lekarzy” na ludziach, sceny trudne do wyobrażenia   współcześnie żyjącemu człowiekowi.

A przecież to nie tylko Stutthof. To również obozy koncentracyjne rozlokowane w całej Europie; między innymi: Auschwitz – Birkenau, Sachsenhausen – Oranienburg, Mathausen – Gusen, Treblinka, Majdanek, Bełżec, Warszawa, Dachau i wiele innych.

Joanna Krupińska – Trzebiatowska opowiada los ofiar wszystkich obozów zagłady na całym świecie językiem zatrważającym, bolesnym, posępnym, dramaturgicznym i katastroficznym.

Przez całą  książkę  przewija się  mroczna i bardzo tajemnicza postać Michaela Reinhardta, pół Zyda brata ojca  Wiktorii Jana Berga,  obciążonego  świadomością, że to SS-Mann,  kochanek matki  tak naprawdę uratował mu życie.

Przedstawiony jako ten, który nienawidzi swojego ojca SS-manna, który był bestią w ludzkiej skórze – jak sam mówi.

Książka „Zbrodnia” Joanny Krupińskiej – Trzebiatowskiej , to niesamowita podróż w przerażający świat zła, deprawacji i bestialstwa, obozów koncentracyjnych II Wojny Światowej, ale nie tylko.

To głęboka podróż psychologiczna w głąb natury ludzkiej.

Podana nam w sposób tak przystępny, że tej książki się nie czyta, w nią się wpada jak w nałóg.

Zamiłowanie do cytowania dobrych autorów, zmusza mnie  do zamieszczenia  słów autorki powieści:

(…) „ – Pomyśl o milionach kobiet, które były równie piękne, równie inteligentne, wykształcone, kochane i kochające, a niekiedy brzemienne i kończyły żywot w komorze gazowej – usłyszała własny wewnętrzny głos. Po chwili zorientowała się, że to nie jest jej własny głos, ale przebijający się do jej podświadomości głos Ewy Rosenfeld, zdającej się przekonywać ją, że nie zmarnowała życia, skoro przeżyło jej dwóch wspaniałych synów”.

BEATA ZALOT

Nasz magiczny krąg
Dlaczego Bóg, który w swojej istocie jest miłością, skazuje człowieka na tyle okrucieństw?
Czy zło, które we współczesnym świecie ma tyle odcieni, doprowadzi świat do zagłady?
Czy człowiek jest rezultatem manipulacji genetycznych, przeprowadzonych przez istoty spoza
naszej planety?

To tylko niektóre pytania, które zadajemy sobie, czytając „Magiczny krąg” Joanny Krupińskiej-Trzebiatowskiej – gościa piątkowego spotkania w nowotarskiej Galerii „Jatki”. To już druga wizyta krakowskiej pisarki w stolicy Podhala. Rok temu pretekstem do spotkania była jej debiutancka powieść „Cień Boga”.
Joanna Krupińska-Trzebiatowska to poetka (na swoim koncie ma 7 tomików), redaktor naczelny pisma literackoartystycznego „Hybrydy”, który od lat ukazuje się w Krakowie społecznie, jedynie dzięki składkom Stowarzyszenia „Polart”.
Z zawodu jest prawnikiem.
Swoją pierwszą powieść „Cień Boga” napisała po wypadku, z którego cudem ocalała. Jak sama mówi – książka się jej wyśniła, a potem objawiła. Opowieść o katastrofie Ziemi i podróży jej mieszkańców w kierunku Syriusza jest tylko pretekstem do rozważań na temat bytu człowieka, istoty Boga, teorii dotyczących możliwości poznawczych człowieka.
Nawet ci, którzy nie lubią fantastyki, dają się wciągnąć w historię dziejącą się gdzieś w przestrzeni kosmicznej.
Jednocześnie „Cień Boga” zmusza czytelnika do zadania sobie kilku fundamentalnych pytań dotyczących istoty Boga, człowieka, dobra i zła, losów ludzkości.

Podobnie jest w „Magicznym kręgu”. Tu zamiast fantastyki mamy kryminał. Znany dziennikarz zostaje porwany w Iraku, jego rodzina jest w niebezpieczeństwie, ktoś się włamuje do ich domu, śledzi żonę i syna. Jest tajemnicza praca naukowa jednego z bohaterów, dotycząca początków ludzkości (manipulacje genetyczne na mieszkańcach Ziemi przez istoty z innych planet?). Makabryczne morderstwa,
masoneria, rodzinne dzieje, sięgające rycerzy okrągłego stołu, wątki miłosne, nawiązania do współczesnych realiów (terroryzm). Dzieje się wiele.
Znowu jednak pomiędzy kolejnymi wątkami powieści pojawiają się pytania, wobec których czytelnik nie może przejść obojętnie. To z nich zbudowana jest druga płaszczyzna tej powieści.
„Zło czai się wszędzie, tkwi jako zarodek w duszy każdego człowieka,
ujawnia się na masową skalę, popychając narody do wojen,
prowadzi do ludobójstwa, do eksterminacji jednych narodów przez
drugie, doprowadza do wyginięcia całych społeczności…”- mówi jeden
z bohaterów powieści. Terroryzm, ludobójstwo, zagłada
Żydów, a jednocześnie zło, które czyni koszmarem życie indywidualnych bohaterów. Maks – syn dziennikarza jest w dzieciństwie bity, molestowany, jego matka mówi mu, że żałuje, że go urodziła. Czytelnikowi jawi się smutny, wręcz przerażający, ociekający krwią i okrucieństwem obraz świata.
Jest jednak nadzieja, światło w tunelu. W tym magicznym kręgu, o jakim opowiada Joanna Krupińska-Trzebiatowska,\ obok świata realnego istnieje drugi świat – ten duchowy, irracjonalny, magiczny. To dzięki niemu człowiek może ocaleć. Telepatia, przeczucia, objawienia, religia. Coś, czego – wydaje się – dotknęła sama autorka. „Magiczny krąg” to także gąszcz odniesień do różnych mitologii, filozofii, religii (w których autorka szuka wspólnego mianownika), archetypów. Jeśli ten szyfr stanie się dla nas zrozumiały, jeśli damy się uwieść i podążymy za ukrytymi w książce znakami, odkryjemy swój własny „magiczny krąg”, do czego gorąco namawiam.

Bolesław Faron

Sny” Joanny Krupińskiej dzielą się na dwie części. W pierwszej pojawiają się motywy nowe, egzystencjalne, sygnalizowane nie tylko poprzez tytuł wiersza wstępnego „Requiem”, czy początek prozy poetyckiej: „usiadłam nad brzegiem Styksu”, lecz również tkwiące głębiej, w warstwie emocjonalnej tekstów. Sporo tu nostalgicznych wyznań, smutku w samym wyrazie bliskiego młodopolskiej poetyce: „jestem jak liść targany wiatrem”, „tonę w otchłani lęku”, „Panie przestworzy prowadź mnie do siebie” — wyznaje, woła podmiot liryczny. Ludzie jawią się Autorce jako dzikie bestie, a w śnie koniec świata.

Wracają również sprawy znane już z „Płomieni”, sen o miłości ale sen kłamliwy. Powraca On („Kiedy śnię jesteś przy mnie”) ale już w zdecydowanie nowej konstelacji („stoimy na dwóch przeciwległych brze­gach”). Także wiersze erotyczne pełne są bólu, żalu. Uzupełniają one jakby ów pesymistyczny ton zrodzo­ny z refleksji nad życiem, z obserwacji zachowań ludzkich, z wewnętrznych stanów poetki.

Część drugą zbiorku „Sny” rozpoczyna wiersz „Rozmowa z matką”, który stanowi jakby motto cało­ści. Powraca sygnalizowany w pierwszym tomiku motyw macierzyństwa, radość rozmowy, obcowania z jedyną córeczką. Ale i tutaj odnajdujemy akcenty nowe. Dziecko oczekiwane, dziecko narodzone, dzie­cko martwe („stałam się grobem własnego dziecka”). Tuż obok niechciane życie. Ten — jak się zdaje — osobisty wątek brzmi tutaj bardzo dramatycznie, kore­sponduje z nutą egzystencjalną z części pierwszej, pogłębia pesymizm całego zbioru, którego wykładnią jest przekonanie, że „śmierć jest wszechobecna”, a podmiot liryczny stwierdza wręcz: „niech nikt mnie nie pyta, czy jestem szczęśliwa”.

Poezja Krupińskiej to jedno wielkie wyznanie liryczne, spowiedź osobista, relacja własnych doznań i przeżyć, doznań zamkniętych w kręgu życia rodzin-nego, miłości, zdrady, macierzyństwa, ludzkich, bar­dzo ludzkich problemów. Jako krytyk literacji powi­nienem zapytać o ich walory estetyczne, o korzenie kulturowe, określić miejsce wśród najnowszych ten­dencji we współczesnej liryce. Nie czynię tego, gdyż — jak sądzę — w owych bardzo intymnych, bardzo prywatnych wierszach forma jest jakby wtórna, najis­totniejszy wydaje się bowiem stopień autentyzmu wyznań. Nie znaczy to, bym nie doceniał ciekawej nieraz metafory, interesujących skojarzeń, czy wido­cznej tu i ówdzie ekonomiki słowa…

Bolesław Faron

Kraków, w marcu 1994 roku

WYWIADY

Z Joanną Krupińską-Trzebiatowską, poetką, prozaikiem, publicystką, redaktor naczelną HYBRYDY – pisma adresowanego do ludzi sztuki, rozmawia Katarzyna Majewicz.

Jest pani z wykształcenia prawnikiem, byłym prokuratorem krakowskiej prokuratury, ale też wydała pani kilka powieści oraz kilka tomików wierszy. Jak się zatem trafia z prokuratury do literatury?
– Jakkolwiek bezpośrednio po ukończeniu wydziału prawa UJ zostałam prokuratorem i dopiero niedawno przeszłam w stan spoczynku, to moje związki z poezją są o wiele dłuższe. Poetą po prostu trzeba się urodzić! Prawdą natomiast jest, że przez wiele lat pisałam wyłącznie do szuflady, a pierwszy wiersz opublikowałam dopiero w 1988 na łamach nieistniejącego już „Życia literackiego”, gdy po poważnym wypadku samochodowym ważyły się moje losy. Bez wątpienia ten wypadek zmienił moją optykę postrzegania świata, zmusił do refleksji nad sensem ludzkiej egzystencji a w dalszej konsekwencji uczynił mnie również prozaikiem.

Pani powieść „Niedorzeczna miłość“ zawiera wiele odniesień do świata prawniczego. Czy są to również odniesienia autobiograficzne?
 – Nie mogę na to pytanie odpowiedzieć twierdząco, bo książka zawiera klauzulę, że ta historia nigdy się nie wydarzyła, a wszelkie podobieństwo do osób żyjących jest przypadkowe. Z całą pewnością jednak powieść ma charakter demaskatorski i dąży do przedstawienia prawdy o problemach, z jakimi na co dzień zmagają się prokuratorzy, a zwłaszcza kobiety pełniące jednocześnie role żon i matek, obarczone nadmiarem obowiązków i z trudem łapiące zakręt samotnie wychowujące dzieci rozwódki, uwikłane na domiar złego w rozgrywki personalne o władzę i stanowiska. A wszystko w dwóch odsłonach: uwarunkowań politycznych okresu stanu wojennego i obecnych.

Proces twórczy zazwyczaj odbywa sie w samotności, w czterech ścianach. Po co więc i czym jest dla pani POLART?
– Stowarzyszenie Twórcze POLART urodziło się w 1989 roku, gdy tylko w Polsce powiało wolnością, a więc w czasie, gdy nie widziałam się jeszcze w roli literata, bo pierwsze trzy tomiki poetyckie – Płomienie, Sny i Przebudzenie – opublikowałam dopiero w 1994 roku. Już wówczas jednak widziałam potrzebę powołania do życia organizacji jednoczącej ludzi wokół spraw związanych z kulturą. Był to czas wielkich przemian strukturalnych zarówno w skali całego państwa, jak i społeczności lokalnych, które na gruncie decentralizacji władzy zostały dopuszczone do współdecydowania i współrządzenia.

W tym nowym układzie powstające organizacje pozarządowe zaczęły tworzyć most pomiędzy władzą samorządową a ludźmi sztuki. Dzisiaj mają one tym większe znaczenie, że w warunkach gospodarki wolnorynkowej artyści pozbawieni mecenatu ze strony państwa, zostali zdani sami na siebie. Szczególnie ucierpieli pisarze, gdyż – mówiąc wprost – żaden wydawca nie zainwestuje w tzw. niepewny interes i nie wyda książki, która nie zapewni mu zysku. Między innymi z tego właśnie powodu, w 1999 roku powołana została do życia „HYBRYDA” jako pismo artystyczno-literackie, przed którym został jasno wytyczony cel promowania sztuki najnowszej. Był też i drugi powód: mniej więcej w tym samym czasie upadło „Życie literackie”.

Czy „HYBRYDA” prezentuje tylko twórczość członków stowarzyszenia, czy jest otwarta na twórców spoza jej kręgu?
– Początkowo zorientowana na dokumentowanie działań stowarzyszenia HYBRYDA, z czasem wywalczyła sobie status pisma naukowego, a to dzięki temu, że pojawiały się w niej obok artykułów problemowych niepublikowane dotychczas fragmenty prozy, wiersze oraz ich opracowania krytyczne, recenzje koncertów, wywiady z wybitnymi twórcami z kraju, jak i z zagranicy, przy czym przynależność do POLARTU bynajmniej nie była kryterium doboru tekstów. Pismo jest adresowane do ludzi sztuki i jej miłośników. Głównie jednak do członków stowarzyszenia, które na przestrzeni minionych 25 lat z niewielkiej 18-osobowej grupy założycieli przekształciło się w prężnie działającą ponad stuosobową organizację posiadającą osobowość prawną.

Sądzę, że jest to pismo elitarne. Czy takie było założenie?
 – O tyle jest elitarne, o ile elitarna jest sama sztuka! Zwłaszcza dzisiaj, gdy mamy do czynienia z naporem kultury masowej i gdy tylko niewielka część społeczeństwa chodzi do teatru, opery czy filharmonii, nie mówiąc już o uczestniczeniu w otwarciach wystaw, spotkaniach autorskich czy wieczorach literackich. Na wernisażach obserwujemy zjawisko adoracji kolegów przez kolegów i podobnie dzieje się podczas promocji książek. POLART ma charakter interdyscyplinarny i dzięki temu autor wystawy zyskuje odbiorcę swoich dzieł w muzykach, literatach i aktorach. No i rzecz jasna vice versa.

Pod szyldem POLART-u organizowany jest Międzynarodowy Festiwal Związki pomiędzy kulturą Południa a Północy – Schubert – Chopin – Grieg. Wzajemne inspiracje i rezonans w malarstwie i literaturze. Skąd taka idea?
– Idea festiwalu pojawiła się w 2011 roku, gdy do stowarzyszenia została przyjęta pianistka mieszkająca na stałe w Norwegii, Małgorzata Jaworska i koniecznie chciała zagrać w Krakowie utwory Griega i Tannusena, a jednocześnie pojawiła się możliwość zaprezentowania młodych polskich pianistów grających Chopina na festiwalu młodych talentów w Arendal. Uświadomiliśmy sobie wtenczas, że mamy członków rozrzuconych po całym świecie, także w Szwajcarii, we Francji, w Niemczech i w Austrii – a to dało asumpt do wyjścia z naszą działalnością poza Polskę.

W trakcie pierwszej edycji festiwalu w 2013 roku, w ramach kooperacji z Polsko-Austriackim Towarzystwem TAKT, zaprezentowaliśmy wystawę malarstwa i rzeźby 20 najwybitniejszych polskich i norweskich artystów w Wiedniu, natomiast druga edycja rozpoczęła się 29 marca 2014 roku spektakularną wystawą XVII WIELKI SALON SZTUKI POLART w Kopalni Soli „Wieliczka”, której zarówno wernisaż, jak i finisz połączone zostały z koncertami. Zorganizowaliśmy też kilka wystaw indywidualnych oraz wieczorów autorskich w Wiedniu, koncert organowy w kolegiacie św.Anny w Krakowie, a wreszcie wystawę malarstwa Janusza Trzebiatowskiego, prywatnie mojego męża, w Domu Polonii.

Skąd bierzecie środki na finansowane tak rozleglej działalności?
– Jak wszystkie organizacje pozarządowe działające non profit utrzymujemy się ze składek członkowskich, ale nasz potencjał wynika głównie z faktu, że od czasu do czasu udaje się nam zyskać jakieś fundusze z aukcji dzieł sztuki. HYBRYDA jest natomiast współfinansowana przez gminę Kraków, no i co najważniejsze, wykorzystując nasze zagraniczne kontakty i zaprzyjaźnienia przymierzamy się do zdobycia większych środków unijnych. Wybieramy się też z wystawą i koncertami do Nowego Jorku na zaproszenie tamtejszego Chopin Sociaty.https://www.facebook.com/Joanna-Krupi%C5%84ska-Trzebiatowska-136227176458403/